Dwa lata bujania się na słodkich i słonych wodach.  Pierwsze pełne zdanie powiedziane przez naszą 2 –letnią córkę w zatoce pod Barceloną, na Sycylii pojawienie się pierwszej szczerby  w uzębieniu 5-letniego synka….
To tylko niektóre ze zdarzeń,

 które zwyczajowo obserwuje się w zaciszu rodzinnych domów.   W dzieciństwie taka przygoda nawet nam się nie śniła a tym bardziej nie myślałam później, że moglibyśmy zafundować ją naszym dzieciom.  A jednak  tak się stało….

Na Renie

Historia  2 –letniego rejsu 8-metrową żaglówką. W skład załogi w momencie wypłynięcia wchodzili: rodzice (oboje z patentami sternika jachtowego) oraz dzieciaki Ida (1,5 roku) i Igor (4 lata). 

Nasz pierwszy jacht zbudowaliśmy z nadmiaru wolnego czasu i… drewna. Piątka wg projektu J. Maderskiego (kabinowy, 5m jacht na każde warunki) została ochrzczona jako PETRA  i wyruszyła z nami na podbój polskich akwenów. W pierwszym poważniejszym rejsie wziął udział nasz  roczny Igor, który ściąganie przez nas PETRY z mielizn na Wiśle uważał za świetną zabawę.  Trasa z Warszawy do Kątów Rybackich zajęła nam 12 pełnych wrażeń dni. Przyroda i urok Wisły były powalające.  

Bałtyk
Bałtyk nie dawał za wygraną

Czas płynął a nasze myśli wciąż unoszone były przez fale marzeń o morskich wojażach.  Ośmiometrowy, żaglowy Dufour 28, który po zakupie nazwaliśmy BIMSI pozwolił nam w końcu na realizację tych pragnień. W 2008 r. odbiliśmy od polskiego brzegu i rozpoczęliśmy naszą wyprawę.

Rodzimy Bałtyk nie był zbyt łaskawy, chyba chciał nas wystawić na próbę.

Nauka na pokładzie

Mimo jego usilnych starań nie daliśmy się i najgorszy sztorm przeczekaliśmy na kotwicy przed zasypanym przez piasek portem Darser Ort, w Niemczech.  Po dwóch tygodniach słonej bryzy składamy maszt w Lubece i wchodzimy w pierwsze kanały śródlądowe. Dzieciaki szybko aklimatyzują się w nowej bujającej rzeczywistości. Nam zajmuje to trochę więcej czasu, ale codzienne, nowe obowiązki wciągają i po jakimś czasie nie pamiętamy już, że kilkaset kilometrów za nami została praca i solidny murowany dom. Niemieckie kanały biegną wśród lasów i pól, z rzadka trafiamy na większą cywilizację – wyjątek Hannover. Kolejne dni są bardzo mokre zarówno z dołu i z góry. Pada, pada, pada. Lipcowa pogoda nas nie rozpieszcza i nasza wyobraźnia musi mocno pracować, aby wymyślić wystarczającą ilość ciekawych zabaw pod pokładem. 

Port w Kolonii

Płyniemy dalej. Podczas przechodzenia licznych śluz jesteśmy zmuszeni do uprawiania pedagogicznej ekwilibrystyki, aby zająć  nasze maluchy, podczas gdy, my jesteśmy potrzebni oboje na pokładzie. Tak…. Najlepszym rozwiązaniem okazał się  sposób…. na czekoladkę!  Półtora rocznej Idusi trochę zajmowało czasu zanim ją wydobyła z papierka i zjadła, ale Igor robił to zdecydowanie za szybko i potem zaczynało się…. Mama.. siku… mama… a Ida mi zabrała … itd. Bez końca.  Z czasem jednak śluzy pokonywaliśmy już coraz sprawniej z pomocą małych żeglarzy, którzy ubrani w kamizelki i przypięci do jachtu dzielnie trzymali liny (niekoniecznie te potrzebne). 

Kolonia, zachód słońca

Pod koniec lipca pożegnaliśmy kanały i wpłynęliśmy na Ren – najdłuższą żeglowną rzekę pn Europy.  Tam dopiero poczuliśmy przypływ adrenaliny. Płynęliśmy pod prąd na 14 KM silniku Volvo Penta, który był naszą jedyną nadzieją w pokonaniu tego odcinka. Nie spodziewaliśmy się takiego tłumu i ruchu.  Normą było mijających nas w jednym momencie 5 ogromnych barek, transportujących średnio po 200 kontenerów każda. 

Niemcy

Znikaliśmy w falach wytworzonych przez te potwory a wewnątrz jachtu latały nieprzytwierdzone miśki, zabawki i ubrania. Mijamy powoli Duisburg, Leverkusen, Kolonię gdzie spędzamy przyjemny weekend. Rzeka w Kolonii robi fantastyczne wrażenie. Miasto żyje dzięki niej, statki turystyczne opuszczają, co chwilę nabrzeża, pływające restauracje na wodzie witają gości, wędkarskie motorówki starają się znaleźć swoje miejsce poza torem wodnym, aby nie wpaść pod rozpędzone barki i zawsze obecna wodna policja. A gdzieś wśród tego całego tumultu przemyka się mała BIMSI, zmierzając ku  nieznanej przyszłości …

Kąpiel w Mozeli

Na Renie znajduje się dużo portów, usytuowanych za niewielkimi wyspami, co chroni je od ruchu i fal, ale nie od mknącego szybko prądu. Pewnego razu po noclegu w jednym z takich portów, staraliśmy się dostać z powrotem na główny nurt, ale niestety wybraliśmy złą drogę. Zamiast wrócić tak jak przypłynęliśmy zdecydowaliśmy się na opłynięcie wyspy dookoła. I to był błąd. Głębokość zaczęła gwałtownie maleć, decyzja o zawróceniu przyszła za późno. Jacht ustawił się burtą pod prąd, który porwał nas i wrzucił na mieliznę, kładąc na prawej burcie. Woda przelewała się przez półpokład, my z dziećmi przypiętymi do nas siedzieliśmy na pokładzie zastanawiając się, co dalej.

Mozela, Niemcy

Mamy dziurę czy nie?  Jacht był za ciężki na samodzielne ściągnięcie go na głębszą wodę a prąd za silny, aby o własnych siłach dostać się na brzeg mimo paradoksalnie małej odległości ok. 15 m.  Na szczęście wody wewnątrz nie przybywało. Niemcy to solidny naród i pewne rzeczy nie zajmują im dużo czasu. Nasz wypadek obserwował wędkarz z brzegu. Po 5 minutach przypadkowa motorówka podpłynęła do nas i przetransportowała mnie z dziećmi na ląd. W kolejne 10 minut zjawiły się 4 ratunkowe jednostki policji wodnej z Bonn a helikopter latał nad BIMSI, zataczając kręgi w poszukiwaniu osób w wodzie. Mimo szybkiej akcji i wielu wysiłków ratownicy nie zdołali ściągnąć jachtu z mielizny. Zrobił to Bosman z portu, w którym nocowaliśmy, gdy nadpłynął swoją stalową łodzią z 2 silnikami o mocy 400 KM. Rzucił Sebastianowi linę, aby przywiązał jacht i ruszył do przodu. O Boże, rozerwie BIMSI na pół – pomyślałam w duchu. BIMSI jednak podskoczyła kilka razy na wodzie jak rączy koń, przetaczając się po kamieniach i spłynęła łagodnie na głębsze wody Renu… Uszkodzeń nie zaznała żadnych, za to nasza psychika mocno ucierpiała.  Pojawiły się myśli czy powinniśmy płynąć dalej…

Holenderski akcent na śluzie we Francji

Odbiliśmy jednak od tej samej kei po raz drugi. Dwa dni dalej opuściliśmy niegościnną rzekę wchodząc w Koblenz w toczącą dużo spokojniej swoje wody Mozelę. Ostatnie dni wśród niemieckich winnic, soczystych, zielonych wzgórz i policyjnego porządku upłynęły nam miło i spokojnie, pozwalając wrócić do psychicznej równowagi. Nasze dzieci za to wzbogaciły swój repertuar zabaw o wpadanie na kamienie (w wolnym tłumaczeniu: poduszki) i ściąganie się nawzajem na głębszą wodę, czyli na podłogę. Stajemy na chwilę w Schengen, przy tym samym nabrzeżu, gdzie w 1985 r cumował statek Princesse Marie, na pokładzie, którego podpisano traktat znany obecnie, jako Układ z Schengen.  Jeszcze kilka kilometrów i wpływamy na francuskie wody. Hurra!!! To już coraz bliżej do Śródziemnego!  Od razu dało się odczuć inną atmosferę. Spokojna, bezstresowa obsługa na śluzach. Na wszystko jest czas: tranquille, doucement, c’est la France.  Siesta w supermarketach, powolne delektowanie się filiżanką kawy, czekoladowym croissantem lub kieliszkiem wina. Wpływamy do uroczego Pont a Mousson, gdzie mamy zaplanowany kilkudniowy postój i spotkanie z rodziną, która przyjedzie do nas z Polski. Jakiej wartości nabierają dla nas te spotkania. Chyba po prostu… tęsknimy.

Śluzy na Kanale des Vosgue

I znowu kanał. Tym razem prawdziwy, francuski kanał turystyczny. Wejście dużym barkom ograniczają tutaj rozmiary śluz, które mają szerokość 5,05 m i długość 38,5 m. Cały kanał ma zaledwie 122 km długości, ale do pokonania mamy 93 śluzy. Kanał des Vosges lub inaczej Kanał d’Est jest bardzo specyficznym miejscem. Jego środek to wododział, który dzieli wody słodkie płynące do mórz północnych od tych spływających do Morza Śródziemnego.  Przez pierwsze kilka dni wspinamy się w górę, czyli każda malutka śluza zostaje dla nas napełniona wodą o konieczną różnicę i jesteśmy coraz wyżej. Na tym kanale mamy też pierwsze sukcesy wędkarskie. Igor jest w szoku, ryba ma prawie 40 cm! Od 25 sierpnia zaczynamy schodzić śluzami w dół. Idzie szybko, bijemy rekordy. Jednego dnia pokonaliśmy 17 śluz.

Kanał Mitteland

Dzieci już nawet nie zwracają uwagi na nasze szamotanie się na pokładzie, więc czekoladka nie jest konieczna. Wdrożyły się w życie wodne. Nazywają łódkę domem, nie tęsknią za TV, mimo zmniejszenia powierzchni mieszkalnej nie narzekają na brak miejsca. Sporo czasu zabierają nam wyprawy do sklepów. Ba.. życie bez samochodu, wszystko musimy przynieść na plecach, ew. w wózku Idy (wtedy ją na plecach) lub przywieźć na rowerach. Na przedostatnim postoju na kanale zapoznajemy się z sympatyczną belgijsko-hiszpańską rodziną. Zachęcają nas do skręcenia na zachód jak już będziemy na Śródziemnym i przypłynięcia do Hiszpanii na pierwszą zimę. Bardziej myśleliśmy o włosko-francuskich klimatach, ale właściwie, czemu nie?

Jazz na Saonie

Zapraszają nas do fajnego porciku na rzece Petite Saone, do swoich przyjaciół żeglarzy. Atmosfera niewielkiej mariny Le Petite Port jest mocno międzynarodowa. Właściciele Szwajcarzy, dwa lata temu wrócili ze swojego rejsu i osiedli na francuskiej ziemi.  W marinie prowadzą restaurację, gdzie zostajemy zaproszeni na paellę, przygotowaną przez naszego znajomego Hiszpana. Dzieciom się bardzo podoba, duży teren do biegania, plac zabaw i wanienka napełniona wodą z rzeki, jako prywatny basen. Czy do szczęścia potrzeba czegoś jeszcze?  Tylko szkoda, że trzeba się żegnać, przed nami jeszcze kawałek trasy. Do morza zostało nam ponad 700 km.

Droga do szczęścia

Teraz płynie się miło, bo z niewielkim prądem, stajemy na dziko, na trawiastych brzegach, palimy ogniska, jest coraz cieplej, bezpiecznie i po prostu fantastycznie!  W Grey zaczyna się znowu poważniejsza żegluga, bo duża Saona ma już większy prąd, a ostatnio wody jest więcej i płynie szybciej, niosąc ze sobą mnóstwo gałęzi, traw i innych śmieci, które co jakiś czas oblepiają nasz kil i spowalniają żeglugę. Na noclegi stajemy czasem na nieziemskich przystaniach. Pływające pomosty na palach, które pozwolą im wznieść się i bezpiecznie zacumować jachtom nawet przy bardzo wysokim stanie rzeki.  We wrześniu wpływamy do Lyonu. Szukając miejsca na postój przeżywamy chwilę grozy, gdyż silnik jakby na chwilę traci moc i mam wizje jak roztrzaskujemy się o filar najbliższego mostu.

Francuskie klimaty

Na szczęście udaje się dobić do kamiennego nabrzeża. A silnikowi wystarczyło wyczyścić filtr… Stoimy pod zwisającymi gałęziami starych wierzb, na ławce niedaleko śpi lyoński kloszard, ludzie z sąsiednich jachtów przyjaźnie machają na powitanie. W Lyonie spotykają się dwie potęgi Saona i Rodan. Łączą się w jedno i przez kolejnych 310 km płyną ze średnią prędkością 10 km /godzinę. Na Rodanie jak na Renie nie ma co nawet próbować stawać na dziko. A wiemy już, że z prądem rzecznym nie ma żartów, trzeba się trzymać wyznaczonego toru wodnego i nie kombinować. Tereny poza większymi miastami raczej opustoszałe.

Amfiteatr w Lyonie

Podczas kilkudniowego spływu pokonaliśmy 13 śluz, na których musieliśmy przeczekać również Mistral – słynny, bardzo silny francuski wiatr, wiejący z N na S. Były jednak i pozytywne aspekty tego odcinka, płynęliśmy bardzo szybko, zwiedziliśmy Avignon-dawne miasto papieży i prostytutek oraz Arles – miasto Vincenta Van Gogha.  Wszyscy już z niecierpliwością wypatrujemy końca śródlądowego szlaku a pytania z ust dzieci: kiedy będziemy nad morzem? –  są na porządku dziennym. Minusem tej części trasy są bardzo rzadkie okazje do pochlapania się w wodzie, więc perspektywa piaszczystych plaż i ciepłego morza jest bardzo kusząca.  W końcu 20 września, po ponad 3 miesiącach podróży BIMSI zanurza swoje dno w słonej wodzie. Igor z Idą komisyjnie sprawdzają czy z kranu z wodą zaburtową leci słona woda. Leci! Więc to już morze.

Romantyczne winnice we Francji

Morze Śródziemne!  Kilka dni zeszło nam na sprawach organizacyjnych związanych ze stawianiem masztu i przygotowaniem jachtu do morskiej przygody. Ahoj! Decyzja podjęta, bierzemy kurs na hiszpańskie wybrzeże. …  

Autor: Magdalena Banasik

2015