Korespondencja z zagranicy, specjalnie dla Dookoła Świata
SAMOTNIE PRZEZ KONTYNENTY, ROWEREM DO WIETNAMU
Oktawia Fabijan
Od pięciu miesięcy pokonuje swoją drogę rowerową przez świat, poznaje ludzi, nowe miejsca, zawiera przyjaźnie i decyduje, w którą stronę pojechać… Oktawia napisała do redakcji list. Już dawno nie ma takich śmiałków decydujących się na podobne wyzwania. Zainteresowała nas i oto zdecydowaliśmy się na publikację opowieści Oktawii.
LIST DO REDAKCJI
Mam na imię Oktawia i pochodzę z Kalisza. Odkąd pamiętam, moje życie było w drodze. Najpierw wraz z rodziną przeprowadziliśmy się do Holandii, a później do Wielkiej Brytanii, gdzie ukończyłam studia z zakresu prawa i kryminologii. Już w wieku piętnastu lat zapisałam się do jednostki wojskowej. To tam nauczyłam się dyscypliny i po raz pierwszy poczułam, że podróż może być czymś więcej niż tylko przemieszczaniem się z miejsca na miejsce.
Moja pierwsza prawdziwa wyprawa zaprowadziła mnie do Rumunii. Przez pięć dni wspinaliśmy się po Alpach Transylwańskich, w burzy, niemal bez jedzenia. Po zejściu z gór pomagaliśmy budować dom dla sierot. To doświadczenie zmieniło wszystko. Od tamtej pory chciałam już tylko więcej. Poznawać ludzi, krajobrazy i doświadczać przygód, które są jednocześnie fizycznym i mentalnym wyzwaniem.


Z rowerami przez długi czas nie było mi po drodze. Przez większość życia miałam tylko jeden rower, ten dziecięcy, na czterech kółkach, gdy miałam pięć lat. Później mogłam jedynie marzyć o własnym. Do dziś pamiętam dzień Pierwszej Komunii, kiedy moja siostra bliźniaczka dostała rower od ojca chrzestnego. Paradoksalnie ona nigdy nie lubiła jazdy na rowerze i do dziś nie potrafi na nim jeździć. Ja wtedy zamknęłam się w łazience i płakałam.
Swój pierwszy prawdziwy rower kupiłam dopiero dwa lata temu. Po krótkiej przejażdżce wypożyczonym rowerem poczułam coś, czego wcześniej nie znałam. Wolność i szczęście. Wtedy pojawiła się myśl, która nie dawała mi spokoju. A gdyby tak pojechać dalej. Zamarzyłam, by objechać świat na rowerze. Widziałam już kilka filmów dokumentalnych i pomyślałam, że skoro inni potrafią, dlaczego nie ja.

Do tej podróży przygotowywałam się przez dwa lata. Oszczędzałam każdy grosz, pracując jako nauczycielka języka angielskiego w Hiszpanii. Dodatkowo dorabiałam w restauracji i sprzedawałam swoje rysunki. Stopniowo kompletowałam ekwipunek, śledziłam relacje innych podróżników i czytałam książki o dalekich wyprawach. Im bardziej zagłębiałam się w temat, tym więcej pytań sobie zadawałam. Czy dam radę jechać sama przez tak długi czas. Czy to bezpieczne dla kobiety. Wiedziałam, że oprócz przygotowania fizycznego muszę zadbać również o gotowość psychiczną, mając świadomość, że jako kobieta mogę być bardziej narażona na niebezpieczeństwo.
JAK ZACZĘŁAM PODRÓŻOWAĆ
Zanim wyruszyłam w długą trasę, wybrałam się na kilka próbnych wypraw. Pierwsza z nich odbyła się w Pirenejach. Kolega znalazł mi rower, który okazał się sześćdziesięcioletnim Peugeotem z trzema biegami i jednym sprawnym hamulcem. Drugi odłamał się na szczycie jednej z gór. Padał deszcz, było ślisko i do dziś nie wiem, jak udało mi się bezpiecznie zjechać.
Kolejna podróż zaprowadziła mnie do Chorwacji, również na pożyczonym rowerze. Spakowałam go do ogromnego kartonowego pudła, tak ciężkiego, że po drodze nabawiłam się siniaków na rękach. Sama wyprawa była jednak magiczna. Jechałam wzdłuż błękitnego Adriatyku, przez góry Bośni, a spotkani ludzie bezinteresownie dzielili się z nami tym, co mieli. Jedna z kobiet podarowała nam ogromnego arbuza, którego zjedliśmy na raz. Pamiętam też poranek o piątej rano na jednej z chorwackich wysp, gdy wskoczyłam do wody, obserwując wschód słońca.
Droga powrotna przyniosła nieoczekiwaną przygodę. W nocy, czekając na samolot, zostawiłam karton z rowerem na hali lotniska, ponieważ ważył dwadzieścia pięć kilogramów i nie mieścił się w toalecie. Kilka minut później oddział saperów zaczął dobijać się do drzwi, podejrzewając mnie o działalność terrorystyczną. Mnie ta sytuacja bardziej rozbawiła niż przestraszyła, choć im zdecydowanie nie było do śmiechu. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze.

Po tych doświadczeniach nie miałam już wątpliwości. Wiedziałam, że to właśnie tego chcę. Postanowiłam jednak obrać nieco mniej ambitny cel. Zamiast wyprawy dookoła świata wybrałam trasę z Polski do Wietnamu. Idealny dystans, by poczuć wolność i zobaczyć niezwykle ciekawe kraje.
Kupiłam bilet z Hiszpanii, gdzie obecnie mieszkam, do Polski, spakowałam rower wraz z całym ekwipunkiem do kartonu pożegnałam się z rodziną i wyruszyłam. W dniu startu trudno było mi uwierzyć, że to naprawdę się dzieje. Zastanawiałam się, czy nie wrócę po trzech dniach ze strachu. Towarzyszyła mi jednak ogromna ekscytacja i nadzieja. To było czyste szaleństwo.
Rozpoczęcie wyprawy we wrześniu okazało się decyzją ryzykowną. Jesień w Europie oznaczała nieustanny deszcz, a prognozy zapowiadały, że w Kazachstanie temperatury mogą spaść do minus trzydziestu stopni Celsjusza. Dlatego w grudniu, docierając do Gruzji, postanowiłam zmienić plan. Zamiast jednej ciągłej trasy podzieliłam podróż na dwie części. Poleciałam do Wietnamu i obecnie wracam stamtąd rowerem do Gruzji.
Dzięki temu nadal realizuję swój plan, lecz w znacznie lepszych warunkach pogodowych. Po drodze dodałam także kilka krajów, takich jak Tajlandia, Laos, Kirgistan i Tadżykistan. Do tej pory miałam wiele doświadczeń których nigdy nie potrafiłabym sobie wyobrazić, tych dobrych jak i tych złych. Ta podróż dała mi wiele lekcji z życia. Już wkrótce podzielę się relacjami z tej podróży.
Na co dzień dokumentuję swoją wyprawę na Instagramie pod pseudonimem unicorn travels oraz na Facebooku.

CZĘŚĆ II – Z TRASY
Założyłam sakwy na rower, wyściskałam brata na pożegnanie i zaczęłam jechać. W pierwszych przejechanych metrach kierownica gwałtownie przekręciła mi się w lewą, a potem w prawą stronę i prawie spadłam z roweru. Nigdy nie jechałam rowerem z taką wagą i było to bardzo nienaturalne. Jechałam bardzo ostrożnie, powoli przyzwyczajając się do ciężaru. Czy ja mam tak jechać przez pół świata? Pytałam sama siebie, trochę przerażona i rozbawiona w tym samym momencie. Padał deszcz i mocno wiało mi w twarz. Jak inaczej mogła się zacząć moja wspaniała podróż?
Musiałam przejechać 10 kilometrów, by dojechać do centrum Kalisza. Nie było ścieżki rowerowej. Auta jechały bardzo szybko, a ja walczyłam z wiatrem i deszczem. Trochę było mi do śmiechu i czułam, że wzrok ludzi jest skupiony na mnie. Jakiś pan z psem mi pogratulował, zrobiło mi się miło i to zmotywowało mnie, żeby jechać dalej.
Miałam bardzo mało czasu, bo Albert, mój chłopak, miał przyjechać z Hiszpanii, by towarzyszyć mi w podróży przez pierwsze tygodnie. Musiałam go odebrać z dworca, ale najpierw trzeba było odstawić rower do apartamentu, który zarezerwowaliśmy. Dojechałam pod podany adres, ale nie mogłam go nigdzie znaleźć. Krążyłam, aż w końcu zapytałam miejscowych. Napotkany pan powiedział, że nie ma pojęcia, gdzie to jest, ale dodał, żeby uważać z tym rowerem, bo tutaj kradną.
Znalazłam apartament, wpisałam kod i weszłam w ciasną klatkę schodową. Ironicznie ulica nazywała się Ciasna. Co się okazało? Nie było tam windy, a apartament znajdował się na czwartym piętrze. W praktyce były jeszcze wysokie partery, więc tak naprawdę musiałam wejść na piąte. Dosłownie biegłam po schodach ze strachu, że ktoś mi coś ukradnie. Wniosłam połowę rzeczy, a potem biegłam na dół po resztę.

Następną przeszkodą było znalezienie taksówki, która weźmie gigantyczne pudło rowerowe mojego chłopaka. Pierwszy kierowca powiedział, że nie da rady, ale szybko udało nam się znaleźć następnego, który nam pomógł.
Kolejnego ranka znosimy wszystko na dół, prawie gotowi do startu, i nagle zdaję sobie sprawę, że złapałam gumę. Czy to zły omen? Naprawa zajęła nam trochę czasu. Sąsiedzi przyglądali nam się z ciekawością, ale nic nie mówili. W końcu ktoś do nas podszedł i znów ostrzegł, żebyśmy uważali, bo tutaj kradną.
Pojechaliśmy na główny rynek, na moją wybraną linię startową. Chciałam zacząć właśnie tam, bo mieszkałam na tym placu jako dziecko i wiązałam z nim wiele miłych wspomnień. Wielki biały ratusz stał na samym środku, a budynki w kolorach pastelowych otaczały plac z każdej strony. Można było tam znaleźć kilka restauracji, kawiarni i kwiaciarni. Pamiętam, jak często bawiłam się tam z siostrą bliźniaczką, podczas gdy moi rodzice siedzieli w ogródkach ze znajomymi. Na samym szczycie ratusza miałam nawet swój pierwszy pocałunek, a potem, już jako dorosła, prowadząc warsztaty anglojęzyczne zabierałam tam dzieci na wycieczki.
Jako czterolatka chodziłam sama na dół i kupowałam lody. Ta lodziarnia do dzisiaj stoi w tym samym miejscu. Postanowiłam więc kupić lody i teraz, by Albert mógł spróbować mojego dzieciństwa. Siedzieliśmy na słońcu, podekscytowani podróżą, która nas czeka. Zrobiliśmy ostatnie zdjęcie i wyruszyliśmy.
Pierwsze kilometry były piękne. Jechaliśmy ścieżką rowerową wzdłuż rzeki, otoczoną łąkami i drzewami. Nie mogłam się napatrzeć, jakie to wszystko było cudowne. Jechaliśmy przez pola pełne kukurydzy, aż dojechaliśmy do małej wsi. Chciałam spać pod namiotem, więc zapytaliśmy księdza, czy możemy się rozbić. Niestety ksiądz się nie zgodził i powiedział, że w pobliżu jest szkoła z internatem, która wynajmuje pokoje. Poszliśmy więc tam. Recepcjonista był bardzo sympatyczny i słysząc, że mamy zamiar jeść zupki chińskie na kolację, dał nam pizzę ze stołówki.
Następnego ranka zaproponowano mi, bym zrobiła prezentację na temat mojej podróży dla studentów. Niestety musiałam jechać, bo Albert miał tylko trzy tygodnie na wyprawę, ale dało mi to dużo do myślenia. W Polsce organizowano właśnie dożynki, więc wszystkie wsie były udekorowane śmiesznymi postaciami zrobionymi z siana. Najbardziej zaimponowały mi minionki i rolnik, który szuka żony ze starym laptopem. Zatrzymałam się i zapytałam, czy mogę zrobić zdjęcie. Pani zaprosiła mnie do środka i dała sernika do spróbowania. Sernik to moje ulubione ciasto, więc byłam przeszczęśliwa. Następnie zaprosiła nas na dożynki kolejnego dnia i zaproponowała nocleg. Nie mogłam w to uwierzyć, to było jak magia, kiedy zwykła ciekawość prowadzi do takich doświadczeń. Niestety tym razem też musieliśmy odmówić.
Właśnie dlatego w takiej podróży nie powinno się nic rezerwować i trzeba być elastycznym, bo inaczej można przegapić wiele okazji na poznanie ludzi, kultur albo przeżycie czegoś cudownego. Albert miał lot z Serbii, więc nie mogliśmy sobie pozwolić na dzień wolnego. Udało nam się jednak zobaczyć jedno święto dożynkowe. Traktory z wielkimi przyczepami jechały powoli wzdłuż głównej ulicy. Każdy traktor miał swoją własną tematykę i z każdego grała głośna muzyka, przeważnie disco polo. Jedni serwowali wędlinę, inni piwo, a jeszcze inni rzucali cukierki i lali wodą. Pomiędzy traktorami dzieci jechały na koniach, poruszając się stępem. Musieliśmy jechać dalej, więc lawirowaliśmy pomiędzy maszynami. Ludzie nam machali, krzyczeli i gratulowali.

Jechanie przez Polskę było dość zabawne ze względu na nazwy niektórych miejscowości. Najbardziej rozbawiła mnie Zimna Wódka. Były też rzeczy, które nas mniej cieszyły, jak zachowanie kierowców. W niektórych miejscach udało nam się znaleźć fajne ścieżki rowerowe przez lasy i łąki, ale niestety trafiały się też drogi pełne samochodów, które wyprzedzały na trzeciego. Tiry nie ustępowały i mijały nas o centymetry. To było bardzo stresujące, szczególnie gdy byliśmy spychani na pobocze.
Nasza ostatnia noc w Polsce upłynęła na kempingu. Byliśmy tam tylko my i starszy mężczyzna z Poznania ze swoim samochodem. O pierwszej w nocy, gdy już spaliśmy, zobaczyliśmy kogoś z latarką, kto chodził wokół naszego namiotu przez około godzinę! Zaniepokoiło nas to, ale zachowaliśmy spokój, choć sen Alberta skrócił się o kilka godzin. Rano przy śniadaniu zobaczyliśmy tego mężczyznę i zapytaliśmy, jak mu się spało. Powiedział, że nie najlepiej, bo ktoś ukradł mu kapcie. W nocy krążył po całym obozie z latarką. Musiał pomyśleć, że to my, bo nikogo innego nie było w pobliżu. Po 30 minutach wrócił i pokazał nam dziurawy kapeć. Powiedział, że to musiała być wiewiórka. Całe szczęście, że nam nic nie zginęło, bo moje buty też zostały na zewnątrz.
Tego dnia przekroczyliśmy naszą pierwszą granicę. Nie było łatwo, bo tuż przed linią graniczną zaczęło wiać tak mocno, że ledwo mogliśmy pedałować. Tak jakby Polska nie chciała nas wypuścić. Ale w końcu udało się, zrobiliśmy zdjęcie przy znaku Ceska Republika i pojechaliśmy dalej. To było cudowne uczucie.
Czechy okazały się rajem dla rowerzystów. Praktycznie przez 90% czasu byliśmy na ścieżce rowerowej kompletnie oddzielonej od aut. Jechaliśmy przez łąki i ścieżki otoczone jabłoniami i mirabelkami. W te dni moje sakwy były o dwa kilo cięższe, bo jak tylko widziałam owoce, pakowałam je na ekstra zastrzyk energii. Albert powoli zaczął się niecierpliwić, gdy co chwilę zatrzymywałam się po jeszcze więcej owoców.
Naszą pierwszą przygodę przeżyliśmy w Czechach, próbując znaleźć nasz nocleg. Okazało się, że nie jest on w centrum. Zapadał już zmrok, a jedyną drogą była bardzo ruchliwa trasa. Nie byliśmy pewni, czy to autostrada, ale i tak pojechaliśmy. Byliśmy strasznie zmęczeni, przed nami 6 kilometrów. Albert zażartował, że hotel na pewno jest na szczycie góry. Jego żart szybko stał się rzeczywistością i pchaliśmy rowery przez następne 5 kilometrów. Z trudem wdrapaliśmy się na górę. We wspinaczce utrudniał mi paniczny śmiech, którego nie mogłam powstrzymać, bo Albert nie był już tak entuzjastycznie nastawiony.

Dotarliśmy na szczyt. Spoceni weszliśmy do hotelu z restauracją, w której goście delektowali się kolacją. Właśnie spoglądaliśmy na menu, kiedy recepcjonistka powiedziała, że kuchnia jest już zamknięta. Zupki chińskie okazały się naszym wybawieniem. Nie był to typowy hotel, tylko drewniane chatki z łóżkami piętrowymi. Bardzo przytulne. Kiedy się obudziliśmy, widok ze szczytu zapierał dech w piersiach i cieszyłam się, że wdrapaliśmy się na tę górę. Zjazd zajął nam niecałe 4 minuty.
Słowacja była równie piękna i przyjazna jak Czechy, znów prawie wcale nie widzieliśmy ulic, tylko cudowne ścieżki z owocami. Aby przekroczyć granicę z Węgrami, musieliśmy złapać prom, którym przepłynęliśmy na drugą stronę Dunaju. Na Węgrzech niestety te piękne ścieżki się zakończyły. Na dzień dobry mapy poprowadziły nas na trasę zasypaną piaskiem, po którym nie dało się jechać. Musieliśmy pchać rowery, co zajęło nam godzinę.
Nasz pierwszy dzień odpoczynku wypadł dopiero w Budapeszcie. Trochę z mojej winy, bo byłam zbyt optymistyczna co do tego, ile kilometrów zdołamy zrobić każdego dnia. W Budapeszcie korzystaliśmy z aplikacji warmshowers, platformy, na której rowerzyści oferują nocleg za darmo. Gdy zobaczyłam, że nas zaakceptowali, byłam wniebowzięta. Ta para miała bardzo ciekawą historię. Świeżo po ślubie Zita i Arpi postanowili w ramach miesiąca miodowego wyjechać w podróż dookoła świata rowerem. Tylko że to nie był miesiąc, a 4 lata. Rozmawialiśmy cały wieczór o ich przygodach: o tym, jak jechali przez Indie, jak ktoś im zaoferował lot paralotnią w prezencie urodzinowym i jak przemierzali niesamowity Pamir highway. Dziś wychowują 3 dzieci które też objechały cały świat. Do dzisiaj jesteśmy w kontakcie i często mi doradzają.
W Rumunii przeżyliśmy koszmar, nie tylko z drogami, ale i z dziesiątkami psów, które atakowały nas na każdym zakręcie. Większość czasu jechaliśmy przez pola. Postanowiliśmy skrócić pobyt w Rumunii i wyjechać prosto do Serbii. Tam niestety sytuacja z psami była taka sama: były wszędzie, szczekały i goniły nasze rowery.
Dojechaliśmy do Belgradu. Tu kończyła się podróż Alberta. Zanim jednak mógł wyjechać, trzeba było znaleźć karton na rower. To było trudniejsze wyzwanie niż myślałam, bo była niedziela. Przeszliśmy 10 km od jednego sklepu do drugiego. Na szczęście znaleźliśmy jeden serwis, w którym obiecano nam pudło na następny dzień na rano. Umówiliśmy się o 10.00. Przyszliśmy o 10.15, było zamknięte. Po kwadransie przyjechał właściciel. Miał karton, ale musieliśmy zapłacić 15 euro. To spora suma za karton, który w Hiszpanii dostawałam za darmo, ale nie mieliśmy wyboru, a właściciel dobrze o tym wiedział. Pojechaliśmy prosto do hotelu się spakować, a potem na lotnisko. To był trudny moment. Od teraz będę sama i tak naprawdę rozpoczyna się ta prawdziwa podróż.
Ogarnął mnie smutek. Na lotnisku nie mogłam przestać płakać. Nie zobaczę go prawie rok. Na autobus powrotny do hotelu czekałam aż 2 godziny, po czym okazało się, że stałam na złym przystanku. Do hotelu dotarłam po zmroku. Potem czekała mnie jeszcze 7 kilometrowa jazda przez Belgrad do mieszkania couchsurfera, który miał mnie gościć. Jak na złość zaczęło padać. Pożegnałam się z właścicielem hotelu i pojechałam. Jazda rowerem po Belgradzie to był koszmar. Auta nadjeżdżały z każdej strony, a autobusy mijały mnie o milimetry.

Zostały mi 2 kilometry drogi, gdy zauważyłam, że zgubiłam namiot. Nie mogłam w to uwierzyć! Ten namiot kosztował 200 euro, teraz muszę po niego wrócić. Nawet nie wiedziałam dokładnie, skąd przyjechałam. Próbowałam odtworzyć trasę, ale to było prawie niemożliwe. Pamiętałam tylko, że przejeżdżałam obok Lidla. Było ciemno, więc nic nie widziałam. Szłam z rowerem pod prąd, pod górę, bo tylko tak mogłam wypatrzyć namiot. Autobusy i auta trąbiły na mnie. Potem rower ugrzązł mi w rowie i upadł. Myślałam, że go zepsułam. Jedno auto zatrzymało się, by pomóc, ale kierowca nie miał jak.
Szłam tak z godzinę. Byłam już prawie pod hotelem i traciłam już nadzieję. Alex, chłopak, u którego miałam się zatrzymać, już po mnie wyszedł. Czułam się fatalnie. Poddałam się i poszłam na przystanek złapać autobus, mając nadzieję, że kierowca pozwoli mi wejść. Patrzę na ławkę na przystanku i widzę zielony worek. Nie mogłam uwierzyć własnym oczom. To mój namiot! Patrzyłam na panią obok z niedowierzaniem i największym uśmiechem na świecie. Podziękowałam losowi i obiecałam sobie, że już nigdy nie będę niechlujna. Muszę być dokładna i dopinać wszystko na ostatni guzik.
Teraz zostało mi dojechać do Alexa. To był problem, bo na mapie nie widziałam żadnego przejazdu rowerowego. Były tunele dla pieszych, ale z mnóstwem schodów, a windy brak. Fizycznie nie byłam w stanie tego wszystkiego przenieść. Próbowałam wsiąść do autobusu, ale kierowca mnie nie wpuścił. Byłam zrozpaczona. W końcu w aplikacji komoot znalazłam alternatywną ścieżkę i dotarłam do domu Alexa. Winda była staroświecka i ciasna. Wprowadziłam rower i nie wiedziałam, że najpierw muszę zamknąć drewniane drzwiczki wewnątrz. Utknęłam z rowerem w środku i nie mogłam wyjść. Jeszcze tego brakowało! Mimo niskiej temperatury na dworze, pot leciał mi po czole. Gdy w końcu udało mi się wydostać, wzięłam głęboki oddech. Udało się. Przeżyłam. Reszta wieczoru była bardzo przyjemna: Alex zrobił mi sok z buraka i zamówił jedzenie. Rozmawialiśmy o życiu i podróżach, a problemy zniknęły, no może oprócz tęsknoty za Albertem.
Alex polecił mi swojego znajomego na następny nocleg. Odradzał wyjazd z Belgradu rowerem i sugerował darmowy pociąg. Darmowy? Jak to? Bo ludzie po prostu nie płacili i tak stał się darmowy, odparł. Faktycznie był darmowy, ale przyjeżdżał, kiedy chciał, albo wcale. Z cyrylicą ciężko było się połapać, który pociąg jest który. Jechałam ponad godzinę, po czym okazało się, że to nie ten i musiałam wracać. Znów robiło się ciemno. Tym razem zapytałam kogoś dla pewności i udało się.
Teraz wystarczyło wysiąść. Pociąg się zatrzymał, ale jakby na środku torów. Zaczęłam wychodzić z rowerem, ale nie potrafiłam otworzyć drzwi. Jakaś pani mi pomogła, ale okazało się, że to jeszcze nie ten przystanek. Drzwi zamknęły się na mnie i na moim rowerze. Niestety nie miały systemu bezpieczeństwa, nie otwierały się po napotkaniu przeszkody. Musiałam bolesne wyślizgiwać stamtąd rękę. Trzy minuty później drzwi otworzyły się ponownie, tym razem na właściwej stacji.
Do kolegi miałam jeszcze 5 kilometrów, kompletnie pod górę. Lampka rowerowa się wyczerpała, jechałam na ślepo. Gdy słyszałam auto, chowałam się przy barierce. To był koszmar. Droga nie była oświetlona, jechałam w ciemności, słysząc szczekanie psów. Co mnie jeszcze spotka? Myślałam. Po 40 minutach dotarłam na miejsce. Powitał mnie gruby złoty labrador i jego właściciel. Z ulgą weszłam do domu Nicola poczęstował mnie Rakiją.

Przez kolejne dni temperatura spadła z 20 do 6 stopni. Miało padać przez cały tydzień. Tak jakby świat odczuwał mój smutek. Jechałam czymś, co oficjalnie nazywało się ścieżką eurovelo, ale w rzeczywistości była to szutrowa droga na wzniesieniu, gdzie pasterze pędzili krowy w asyście psów. Nagle napotkałam sześć psów, które biegły w moją stronę, agresywnie szczekając. Nie było miejsca, by uciec. Dobiegł siódmy, wyglądał jak pitbull, umięśniony i ubity. Tego bałam się najbardziej. Otoczyły mnie, a ja z bezsilności zaczęłam krzyczeć help help! Nic. Rower pośliznął mi się na krowim placku. Było mi już wszystko obojętne. Broniłam się rowerem, trzymając gaz pieprzowy w ręku, ale nie chciałam go użyć. Nie chciałam skrzywdzić zwierzęcia ale trwało to zbyt długo, więc postanowiłam wsiąść na rower. W tym momencie pitbull zaczął szarpać mnie za nogawkę. Tak się bałam! Na szczęście przez warstwy ubrań nie zdołał dogryźć się do skóry.
Nagle, 200 metrów dalej, przejechało auto. Pitbull, który mnie zaatakował, nagle odpuścił, zaczął merdać ogonem i pobiegł przywitać właściciela. Reszta psów jeszcze na mnie czekała, ale postanowiłam je ignorować i iść dalej. Udało się. Tego dnia miałam jeszcze kilka takich sytuacji. Wieczorem zapytałam w restauracji, czy mogę rozbić namiot na zewnątrz. Zgodzili się, ostrzegając przed psami. Odpowiedziałam, że mi to nie przeszkadza, choć sama w to nie wierzyłam.
Otworzyłam jedną z sakw, była bardzo ciężka. Okazało się, że źle ją domknęłam i wypełniła się wodą. Były tam co najmniej 4 litry! Wszystkie ubrania przesiąknięte, powerbanki mokre. Cudem przeżyły.
Wyjęłam ubrania i porozwieszałam je na stołach, ale przy 6 stopniach i deszczu nic to nie dało. Psów faktycznie było mnóstwo, tych bezpańskich. Chodziły gangami. Całą noc szczekały, a ja bałam się, że na mnie. Nie spałam pół nocy, wsłuchując się, jak wąchają mój namiot. Gdy się rozwidniło, okazało się, że połowa to szczeniaki, były słodkie. Podzieliłam się z nimi śniadaniem.
O 8.00 miał przyjechać prom. Byłam tuż przy rzece, widziałam, jak nadpływa. Prawie się spóźniłam, więc spakowałam wszystko niechlujnie i założyłam sandały na skarpetki, bo buty były kompletnie przemoczone. Na promie wiało, więc robiłam pajacyki, żeby się ogrzać. Pracownicy cisnęli się w kabinie sterującej. Gdy schodziłam na ląd, jeden z nich zapytał, czy wybrałam sobie złą porę na tę wycieczkę, bo jest zima i żebym wracała do domu. Może miał rację? Ale jechałam dalej.
Ta podróż od początku była testowaniem granic, zarówno fizycznych, jak i emocjonalnych. Każdy podjazd, atak psów, deszczowy dzień i każdy życzliwy gest nieznajomego uczyły mnie pokory i odwagi. Droga dopiero się zaczynała, a ja wiedziałam, że prawdziwa wyprawa, to nie tylko kilometry na mapie, to przede wszystkim spotkania, strach, zachwyt i nieustanne przekraczanie samej siebie.