CANOANDES ’79 – Odkrycie Najgłębszego Kanionu Świata
Młodzi ludzie, zapaleńcy, wybitni doświadczeni kajakarze, którzy przybyli z Polski dokonali jednego z największych odkryć w Ameryce Południowej – kanionu Colca. Jak Jurek powtarza, drugiej największej atrakcji w Peru po Machu Picchu. Wśród uczestników wyprawy byli kierownik wyprawy Andrzej Piętowski i Piotr Chmieliński – kajakarze z krakowskiego klubu kajakowego AGH Bystrze, Jerzy Majcherczyk – kapitan pontonu, żeglarze Stefan Danielski i Krzysztof Kraśniewski – załoga pontonu oraz Jacek Bogucki – filmowiec.
SPŁYW RZEKAMI AMERYKI POŁUDNIOWEJ
Celem była Argentyna!
Najpierw pozwolenie i zgoda, później zmiana na Peru. Rewolucja. Kolejna zmiana – na Meksyk. Krótko mówiąc, sytuacja dziesięciu młodych zapaleńców, kajakarzy, którzy przygotowywali swoją misję penetrowania kontynentu południowoamerykańskiego bardzo ciężko i bardzo długo wisiała na włosku. Nadszedł czas i pojawiła się okazja, w tych jakże trudnych czasach Polski Ludowej. Trzeba było zapakować sprzęt na statek i dostać się na Zachód!
Sprzętu było dużo, dwadzieścia trzy tony zaplecza do przewiezienia przez Atlantyk: samochód ciężarowy Polski Star 266, dwa motocykle, przyczepka, ponad 25 kajaków z waty szklanej, które były zrobione w Stoczni Jachtowej Polsport w Chojnicach przy udziale ich samych.
Marzenia młodych kajakarzy zaczęły się przed 1979 rokiem, kiedy jako uczniowie, studenci i kajakarze spływali rzekami górskimi w Europie, a chęć pokonania nowych, trudnych rzek na innych kontynentach pozostawała w sferze kiełkującego pomysłu. Po wielu trudach uzyskania potrzebnych dokumentów, oszczędzania pieniędzy, zebrania i przygotowania sprzętu udało się wreszcie wyjechać. Jednak chłopaków czekały, oprócz wielu trudności także wielkie przygody. Zamierzeniem dziesięcioosobowego zespołu było spłynięcie rzekami Argentyny. Zamieszki i wybuchające rewolucje w Ameryce Południowej niweczyły plany młodych kajakowych wojowników. Swoje plany zmieniali niemalże ciągle. Zamiast Argentyny trzeba było zmienić cel na… Peru, w ostateczności na Meksyk.


W Chivay na Plaza de Armas, oprócz obowiązkowego charakterystycznego dla całej Ameryki Południowej, kościoła, pozostałości po kolonizatorach hiszpańskich, stoi obelisk ku czci odkrywców Kanionu Colca. Pomnik ten upamiętnia odkrycie i spływ rzeką Colca płynącej rwącym nurtem wśród ogromnych kamieni i głazów w kanionie o tej samej nazwie – przez uczestników Canonades’79. Z tego właśnie miejsca, 18 maja 1981 roku, wyruszyła na podbój śmiercionośnej rzeki. Dwa lata doświadczenia na rzekach Ameryki Południowej, dwa lata w podróży, dwa lata radzenia sobie z wszystkim bez niczego, bardzo wzmocniły Polskich Śmiałków, zaprawiły ich w boju i nauczyły, że niczego, nigdy nie należy oddawać walkowerem, że wygody są łatwe, a sprawa – wielka. Trudny spływ, nigdy nie został powtórzony przez innych kajakarzy.
Stefan Danielski i Krzysztof Biczu Kraśniewski zostali członkami wyprawy w 1981 roku i dołączyli do stałej załogi w momencie podjęcia decyzji o spływie Rio Colca. Należy pamiętać, że w chwili przygotowań, nikt nie wiedział, jak spływ będzie wyglądał, jaka długa jest rzeka i jakie są warunki do jej pokonania. Sam kanion nie istniał jeszcze w literaturze geograficznej, a jako najgłębszy kanion nie został w tamtym czasie zdefiniowany i w dalszym ciągu pozostawał białą plamą na mapie nie tylko Ameryki Południowej, ale świata.
Rzeka Colca ma 120 kilometrów i swój początek bierze niedaleko miasteczka Madrigal. Dojście do niej w miejscu, gdzie bierze swój początek wydawało się utrudnione. Dlatego pierwszy spływ rozpoczął się dopiero na jej dwudziestym kilometrze, w miejscu, gdzie bardzo pionową ścieżką po trawiasto – skalistym zboczu jest zejście do osady Sangalle, przez małe miasteczko Cabanaconde.

Zejście z miasteczka Cabanaconde do osady Sangalle było wyzwaniem. Prowadzi wąską ścieżką w dół. Przeniesienie potrzebnego sprzętu, kajaków, pontonu, żywności, wody, maszynek do gotowania, ubrań, namiotów jest logistycznie bardzo trudne. W 1981 roku wydawać by się mogło – było wręcz niemożliwe. Członkowie Canoandes’79, do rozpoczęcia spływu ponad trzydzieści lat temu, wybrali to miejsce na start spływu Rio Colca. Samo zniesienie wszystkiego, w tym ciężkich kajaków musiało być niezwykle uciążliwe. Dlatego przeniesienie całego wyposażenia wyprawy, zniesienie wszystkiego z Cabanaconde na brzeg Rio Colca trwało dwa dni. Nic dziwnego. Trudne, męczące, ale satysfakcjonujące!

Rwąca rzeka Colca i jej często płytkie, kamieniste dno, wystające głazy niejednokrotnie wielkości małych domków podnoszą poprzeczkę i z pewnością wymagają nie tylko odwagi, ale przede wszystkim niezwykłego oddania by ja pokonać. Jej pokonania jest możliwe wyłącznie przez bardzo wprawionych i doświadczonych kajakarzy. Ogromne wyzwanie zostało rzucone. Ekipa młodzieńców – Kolumbowie rzek południowoamerykańskich – jak nazywa ich Jurek, bez odpowiedniego wyposażenia podjęła walkę z żywiołem. Nie było map, nawigacji. Kajaki były ciężkie, ponton amatorski. Chłopaki mieli stare dresy, wytarte koszulki, przechodzone stomilowskie trampki. Mieli wielkie doświadczenie i niesamowitą wyobraźnię. Podpierali się odwagą i determinacją. Nie mieli pojęcia, że przez następne kilkadziesiąt kilometrów będą skazani wyłącznie na siebie, że jedynym ich jedzeniem będzie to, co ze sobą zabrali, że nie będzie z nikim kontaktu. Przypominam, był 1981 rok i że w razie pogody i niepogody, jakichkolwiek komplikacji muszą wzajemnie sobie pomagać. Nie wiedzieli, że spływ zajmie im aż 33 dni.
Bez map i wskazówek nie było wiadomo nic, gdzie można będzie wyjść na brzeg, kiedy robić przerwy, kiedy będzie można spotkać miasto czy osadę na trasie, aby móc skorzystać z ewentualnej pomocy, zakupić jedzenie, nie mówiąc o jakiejkolwiek opiece lekarskiej.


W czasie przygotowań do wyprawy i szukania dostępnych informacji o Kanionie Colca, członkowie wyprawy natrafili na zapisy, że pierwszymi ludźmi, którzy przybyli w to miejsce byli w 1929 roku dwaj amerykańscy piloci, George Johnson i Robert Shippee. Ich zadaniem było zrobienie dokumentacji zdjęciowej na potrzeby armii peruwiańskiej. Szukając dalej materiałów o tym regionie świata, znaleźli informację, że pierwszym promującym w przewodniku Repasaż Guide to Peru (1954r.) kanion był dr Gonzalo de Repasaż Ruiz. Nie był on w samym środku, ale wykorzystując zrobione wcześniej zdjęcia z samolotów, dokonał pewnych pomiarów i dokonał, choć nieco lakonicznego, opisu stwierdzając, że kanion jest najgłębszy.
Wyobrażenie było takie, jakie było doświadczenie polskich zapaleńców po pokonaniu wielu rzek europejskich i amerykańskich. Wtedy nie wiedzieli, że rzeka Rio Colca okaże się wielką niewiadomą i wielką niespodzianką. Mieli chęci i pomysł. Wspólnie zdecydowali, że przodem będą płynęły kajaki, a w nich doświadczeni mistrzowie kajakarstwa – Piotr Chmieliński i Andrzej Piętowski. Potrafili oni świetnie czytać wodę, co niejednokrotnie uchroniło ich od tragedii.
To rozwiązanie stało się jedynym rozwiązaniem, ale tym samym możliwością urzeczywistnienia założonego celu. Za nimi ponton, na którym załoga musiała być nie mniej profesjonalna i panować nad sytuacją, by nie zgubić wszystkiego, co znajdowało się w pontonie. Można by powiedzieć, że ani kajakarze nie spłynęliby rzeką, ani ponton samodzielnie. Aby przetrwać i osiągnąć sukces potrzebni byli wszyscy i wszyscy musieli ze sobą współpracować. Cała wyprawa była połączona i tylko w dobrej relacji, wzajemnym zrozumieniu i ogromnej wierze, a także przyjaźni stało się możliwe to, co okazałoby się porażką, gdyby chłopaki nie stanowili dobrze zgranego zespołu.

Data, która zostanie w ich pamięci, która zmieniła ich życie na zawsze, która zmieniła też bieg zdarzeń, to 6 czerwca 1979 roku. Wtedy to właśnie z Warszawy wyruszyła do Ciudad de Mexico pierwsza grupa, w której skład wchodzili: Marek Byliński, Włodzimierz Herman, Jan Kasprzyk, Jerzy Majcherczyk i Andrzej Piętowski. Na przełomie czerwca i lipca do zespołu dołączyli: Jacek Bogucki, Zbigniew Bzdak, Tomasz Jaroszewski, którego miejsce później zajął Stanisław Grodecki i Józef Woch. Po trzech miesiącach, 2 września do grupy zuchwałych kajakarzy dołączył Piotr Chmieliński. Piotr, którego umiejętności były niezbędne do późniejszych niezwykle trudnych spływów. Ostatecznie, choć wszyscy byli doskonale przygotowani, to właśnie Piotr prowadził ekspedycję przez rzekę Colca.

Kiedy wypływaliśmy, byliśmy przekonani, że zajmie nam to znacznie krócej, może tydzień. Nikt się nie spodziewał, że tylko sam spływ zajmie 27 dni. – opowiada Jurek Majcherczyk
Już w drugim dniu chłopaki stracili pierwszy kajak. Andrzej Piętowski musiał przesiąść się do pontonu. Nadzieja i prowadzenie zostało w rękach Piotra, na szczęście wybitnego kajakarza. Utopiła się też żywność, co stało się załamaniem wyprawy. Rzeka była dziewicza, nieznana i wymagająca.
Ściany kanionu kamienne, ta przyroda, cisza i ten szum płynącej rwącej rzeki pamięta młodych zapaleńców w starych zużytych dżinsach, stomilowskich trampkach, z długimi włosami. Kiedy tu przyszli pierwszy raz ze swoimi kajakami i pontonem i mnóstwem ciężkich rzeczy. Jeszcze przed wypłynięciem w tym właśnie miejscu zostali na noc. Co oni wtedy przeżywali. Czy rozpalał ich entuzjazm? A może ogarniał strach przed nieznanym? Jakie mieli marzenia i w co wierzyli?

Płynęli długo, musieli uporać się ze śmiercionośną rzeką, bystrzami, kamieniami, głazami, kończącym się jedzeniem i usterkami pontonu. Wyjścia nie było. Tylko w jedna stronę. Dotarli do malutkiej osady. Znaleźli niewielką łączkę i kilka domostw. Mogli się zatrzymać. To była szansa na zaopatrzenie i naprawę sprzętu. Nie wiedzieli ile im zostało i jak długo będą płynąć.
Kiedy chłopaki przeprawiali się przez niezwykle trudną rzekę Colca, nieustające bystrza, rwący nurt, dopłynęli do wodospadów. Jurek opowiada, że nagle rwąca rzeka zaczęła płynąć spokojnie. Wyglądała jak tafla lodu. Spokojna i subtelna. To była taka “cisza przed burzą”. Wiedzieli, że coś jest na rzeczy, że ta cisza coś oznacza. Oczywiście Jurek nawiązuje do wspomnień o ich opiekunie, jak twierdzi Janie Pawle II. Uważa, że to myślenie o nim uratowało im życie. Jednak należy pamiętać, że doświadczenie wprawionego kajakarza Piotra Chmielińskiego było w tym momencie kluczowe. Piotr płynął przodem, czytał ruch wody i zachowania natury. Ostrzegał, pokazywał, informował. Z wielkim trudem udało się zatrzymać ponton, uwiązać linami do kamieni i zdecydować o przeniesieniu sprzętu i całego wyposażenia, by ominąć wodospad. Przeniesienie wszystkiego trwało prawie, a może ponad pięć godzin. Było co robić, w warunkach zgoła trudnych.


Kajakarze byli tak głodni, że zjadali owoce z drzew. Dopiero później, kiedy trzeba było zapłacić okazało się, że są bez pieniędzy. Te utonęły wraz z kajakiem Andrzeja prawie na samym początku spływu. Zapłatą były liny, które mieli ze sobą. W osadzie chłopaki szukali pomocy. Okazało się, że muszą przejść do Huambo, czyli całodzienną naszą trasę, aby stamtąd okazja pojechać do Arequipy – większego miasta, w którym będą mogli się zaopatrzyć w brakujące wyposażenie, środki do naprawy pontonu, kajaka, żywność, krem. Mieli za sobą dopiero część trasy. Przed nimi ciagle pozostawało kolejne i ostatnie pięćdziesiąt pięć kilometrów.

W tym najgłębszym miejscu kanionu członkowie wyprawy Canoandes’79 zatrzymali się w celu poszukiwania czy też zakupienia jedzenia, materiałów potrzebnych do naprawy pontonu i kajaków, ubrań oraz środków czystości. Przewidywania, jakie zostały przyjęte dla spływu rzeki nieuchronnie odeszły w zapomnienie. Rio Colca okazała się bezduszna, a jej rwący nurt i coraz większe bystrza pozwalały na przepłynięcie kilku kilometrów dziennie, odsuwając coraz dalej wcześniej opracowany plan. Tu zatrzymali się w poszukiwaniu pomocy. Ponton należało naprawić, wszystkiego brakowało. Chłopcy byli zmęczeni, głodni i spragnieni. Peruwiańczycy z natury są bardzo gościnni i pomocni. Nakarmili Polaków i zaprowadzili do miasteczka, gdzie pani dyrektor istniejącej starej drewnianej szkoły wyciągnęła pomocną dłoń. Sprawy zmieniły obrót, Polacy ruszyli dalej, a dalej było już tylko lepiej. Po zakończeniu ekspedycji zostali odkrywcami Kanionu Colca, a ich wyczyn został wpisany do Księgi Rekordów Guinnessa. Instytut w Peru wpisał na karty geografii państwa kanion, o którym wcześniej niewiele było informacji. Teraz został pomierzony i zdefiniowany jako najgłębszy kanion na Ziemi.
Chłopaki czuli się MiniKolumbami, odkrywcami. Dla odkrywców zarezerwowano na świecie prawo nadawania nazw. Tak powstał Kanion Polaków czy wodospady Jana Pawła II. Kanion Colca, 1984 roku został uznany przez członków komisji Księgi Rekordów Guinnessa za najgłębszy. Jest ponad dwukrotnie głębszy od Wielkiego Kanionu Kolorado.

Przepłynięcie całej studwudziesto-kilometrowej długości rzeki Rio Colca płynącej w kanionie wymagało pewnego przygotowania, wymagało przede wszystkim lat, aby to zrealizować. Być może owe przygotowania przeciągały się długo, latami, ale pomysł i realizacja, chęć i desperacja, aby uzupełnić brak spływem ostatniego dwudziesto kilometrowego odcinka była nieunikniona.
Pewnie każdy z uczestników zastanawiał się nad tym niejednokrotnie. Jednak po ich wielkim odkryciu w 1981 roku, po jednym z najwiekszych odkryć stuleci, zostali potraktowani niewiarygodnie, szczególnie przez polskie władze, które robiły wszystko, aby wieść o dokonaniach Polaków w Ameryce Południowej rozmyła się i pękła jak bańka mydlana. To nieprofesjonalne zachowanie i ta ignorancja ze strony polskiej podziałała destrukcyjnie na psychikę młodych zapaleńców. Dlatego dalsza penetracja kanionu oddalała się i pozostawała w sferze zrobienia tego w przyszłości.




