LEKARZ W HIMALAJACH
z Lechem Korniszewskim rozmawiał Piotr Makos
Lech Korniszewski vel „Kornisz” – urodzony w 1936 roku w Szreńsku k. Mławy; profesor dr hab. nauk medycznych, pediatra i genetyk; w latach 1978-1989 uczestniczył jako lekarz w 10 wyprawach wysokogórskich (m.in. na Changabang, Ngadi Chuli, Everest, Annapurnę, Czo Oju, Sziszapangmę, Gaszerbrum I) w tym w dwóch również jako kierownik (w 1982 w Andy Peruwiańskie i w 1984 na Manaslu). W latach 1980-1990 był przewodniczącym komisji lekarskiej Polskiego Związku Alpinizmu.

Lechu, Twoja przygoda z najwyższymi górami świata zaczęła się dosyć późno. Powiedz czy to był przypadek, czy zaplanowana realizacja młodzieńczych marzeń, czy w ogóle myślałeś, że zapiszesz się w historii polskiego himalaizmu?
Moja przygoda z najwyższymi górami zaczęła się nawet nie dosyć późno, ale bardzo późno. Po pierwszej wyprawie na Changabang kierownik wyprawy Wojtek Kurtyka powiedział mi: dobrze, że choć raz udało ci się być w Himalajach. Ja też tak wtedy myślałem, ale życie potoczyło się – szczęśliwie – inaczej. Po tej pierwszej wyprawie byłem jeszcze na dziewięciu wyprawach w Himalajach, Karakorum i Andach! Nie miałem przed pierwszą wyprawą żadnych ”młodzieńczych marzeń”. Potem się to stopniowo zmieniało: po każdej kolejnej wyprawie coraz bardziej marzyłem o kolejnych. A na początku były tylko Tatry. Moja przygoda z górami najwyższymi zaczęła się…na Białczańskiej Przełęczy. To tam spotkałem trzech taterników (wracali z Tatr Słowackich) i jeden z nich, Rysio Szafirski, zaczął mnie wypytywać dlaczego chodzę sam, z jakiego klubu jestem. Kiedy dowiedział się, że nie należę do żadnego, zaproponował żebym przystał do Klubu Zakopiańskiego.
- Czasy się zmieniły – powiedział – teraz będziemy jeździć tam gdzie są najwyższe góry i będziemy potrzebowali lekarza na nasze wyprawy.
Nie przeszkadzało mu to że jestem z Warszawy (pewnie myślał że mam znajomości). Wyglądało to ciekawie, choć mało prawdopodobnie. Zacząłem myśleć, że może to możliwe, ale po powrocie do Warszawy o spotkaniu tym zapomniałem. Punktem zwrotnym był niespodziewany telefon. Pół roku po moim pobycie w Tatrach, zadzwonił z Zakopanego, Ryszard Szafirski, prezes Klubu Wysokogórskiego. Zaproponował mi udział – jako lekarza – w wyprawie na Changabang, w Himalajach Gharwalu w Indiach.
Zażądał jednak natychmiastowej odpowiedzi i dodał że jak odmówię, to jest paru chętnych na moje miejsce. Przyciśnięty do muru pomyślałem: mam 42 lata, teraz albo nigdy. Jadę! – powiedziałem. I za pół roku byłem już w Bombaju, a moje życie przez następne kilkanaście lat zasadniczo się zmieniło.

Twoja pierwsza wyprawa – 1978 rok – Changabang. Indyjskie Himalaje Gharwalu. Prawie czterdzieści lat wcześniej w tym samym miejscu rozpoczęła się polska przygoda z Himalajami. Wyprawa na Nanda Devi East w 1939 roku. Czy miałeś wówczas tego świadomość? Czy znałeś historię przedwojennych chłopaków?
O wyprawie Polaków na Nanda Devi East w 1939 roku i wcześniejszych wyprawach andyjskich wiedziałem. W 1975 roku poznałem na spływie kajakowym Wiktora Ostrowskiego autora „Wyżej niż kondory”. Przeczytałem też kiedyś „W śniegach Himalajów” Janusza Klarnera. Znałem szczegóły tragedii Adama Karpińskiego i Stefana Bernardzikiewicza, a także dramatyczne powojenne losy Jakuba Bujaka i Janusza Klarnera.
Zdawałem sobie sprawę, że moja przygoda z najwyższymi górami zaczęła się w tak ważnym miejscu dla całego polskiego himalaizmu. W trakcie tej wyprawy, po zdobyciu Changabang, Wojtek Kurtyka i Alex McIntyre próbowali osiągnąć też główny wierzchołek Nanda Devi, ale musieli wycofać z wysokości 6800 m n.p.m..
Krzysztof Wielicki nazwał kiedyś Adama Karpińskiego „inżynierem życia”. Miał na myśli jego zdolności organizacyjne i projektowanie sprzętu górskiego. O Tobie często się mówi, ze byłeś na wyprawach „lekarzem życia” bo oprócz fizycznych dolegliwości ciała potrafiłeś leczyć dusze. Jak to rozumieć?
To może przesada z leczeniem dusz ale myślę, że miałem pewien wpływ na moich kolegów: będąc jednym z najsłabszych wspinaczy pokazywałem że mimo zmęczenia mam dobry humor, opowiadam dowcipy, wieczorem opowiadałem różne historie, a niekiedy deklamowałem zapamiętane wiersze. Czasem koledzy prosili mnie: opowiedz coś jeszcze. Pewnie nie myśleli wtedy o różnych swoich problemach.
Twoi kumple z Klubu Zakopiańskiego w ciekawy sposób docenili Twój wkład w zdobycie szczytu…
W trakcie wyprawy na południową ścianę Annapurny w roku 1981 kolegom, którzy założyli obóz czwarty kończyła się żywność i zaszła pilna potrzeba doniesienia im zaopatrzenia. Tylko ja miałem szansę to zrobić, bo byłem w obozie pierwszym (reszta w bazie „na dole”). Mimo bardzo złej pogody i trudności terenu doniosłem zaopatrzenie do obozu trzeciego. Różnica poziomów wynosiła 1500 metrów, ale obóz trzeci był poniżej 7000 metrów. Kolega z obozu czwartego odebrał zaopatrzenie, pogoda się poprawiła i po trzech dniach Annapurna została zdobyta. Po wyprawie wszyscy – poza mną – dostali medale; ja nie dostałem ponieważ nie byłem powyżej 7000 metrów. Ja się z tym pogodziłem – takie są przepisy, trudno. Ale moi koledzy – wiedząc ile zrobiłem dla sukcesu wyprawy – postanowili działać. Uzgodnili, że ze swoich medali dadzą wyciąć po jednej ósmej i z wyciętych części powstanie dodatkowy medal dla mnie. To wszystko było przygotowywane w tajemnicy. Koledzy zapowiedzieli się z wizytą. Przyjechali z Zakopanego. I wtedy zobaczyłem ten medal, symbol przyjaźni i koleżeństwa. Do dzisiaj, kiedy na niego patrzę coś mnie w gardle ściska z wzruszenia…
Podobno jest teraz nawet nagroda 7/8 im. Lecha Korniszewskiego?
Tak. Wręczana jest za szczególne zachowania promujące etos górski lub wybitne osiągnięcia w górach. Jest to kopia mojego medalu z Annapurny. W tym roku, 29 września została przyznana po raz pierwszy. Otrzymało ją 6 osób, które kilka miesięcy wcześniej pojechały w rejon Broad Peaku aby pochować zamarznięte od czasu wypadku zwłoki Tomka Kowalskiego. Był to
pogrzeb górski, zwłoki spoczęły wreszcie po paru latach, w głębokiej szczelinie lodowca. Na uroczystości w Ustroniu, gdzie mieści się Fundacja przyjechali też rodzice Tomka.

Opowiedz jak wyglądało przygotowanie wyprawy w czasach PRL. Potrzebowaliście i sprzętu i prowiantu i dewiz W realiach gospodarki niedoboru to była prawdziwa sztuka…
W czasach minionych przygotowanie wyprawy to było poważne przedsięwzięcie logistyczne. Trzeba było zacząć od dewiz, Na długo przed wyprawą należało dokonać wpłaty dewizowej na konto Ministerstwa Turystyki Nepalu za zezwolenie na wyprawę. Z Polskiego Związku Alpinizmu otrzymywaliśmy niewiele dewiz, czasem starczało na pierwszą wpłatę a czasem nie. Niekiedy udawało się dostać jakąś dotację, bądź opłatę za reklamę firmy czy instytucji. Ważnym źródłem „kasy” były prace wysokościowe wykonywane przez kolegów z Klubu. Ja się w tych pracach nie udzielałem, ale załatwiałem inne ważne sprawy jak zniżka na bilety lotnicze i cargo, a także dostęp do atrakcyjnego prowiantu czy deficytowego sprzętu. Nawiasem mówiąc, realia „socjalistycznej ”gospodarki pozwalały na wykorzystanie absurdalnych różnic w cenach niektórego sprzętu, np. cena czteroosobowego namiotu w Polsce ok.18 dolarów, w Kathmandu ok. 70 dolarów. Te różnice w cenach pozwalały na pokrycie naszych niedoborów finansowych.
Opłacalne były też kryształy, radzieckie aparaty fotograficzne… Ktoś podobno nawet miał ksywkę „smienolog”?
No tak. Był jeszcze przemyt „prywatny” – musieliśmy uzupełnić utracone przez czas wyprawy (zwykle ok. 4 miesięcy) zarobki. Wywoziliśmy sprzęt elektryczny (bardzo dobrze „szły” polskie sokowirówki) a także sprzęt fotograficzny: obiektywy do powiększalników, aparaty fotograficzne – głównie produkcji radzieckiej, najczęściej aparaty „Zorki” i „Smiena”. W Polsce w tym czasie za cenę jednej „Zorki” można było kupić dziesięć „Smien”. Wywoziliśmy także tanie zegarki
Ruhla produkcji NRD. Były tanie, ale nie zawsze dostępne; kiedy się pojawiały w sprzedaży kupowaliśmy większą ilość na następną wyprawę. Zegarki te miały jedną wadę: trzeba je było co dwa-trzy miesiące nakręcać, nie nakręcane stawały po 20-30 minutach. Większość kolegów brała jedną „Zorkę” ale ja – mając do dyspozycji, poza bębnem osobistym, jeszcze dwa bębny medyczne – brałem dziesięć „Smien” (z tego powodu miałem rzeczywiście ksywkę „Smienolog”).

Góry uzależniają. Czasem jak narkotyk.
W 1984 byłeś kierownikiem wyprawy na Manaslu. Był z Wami Staszek Jaworski. Realizował film…
To prawda. Góry uzależniają. Czasem jak narkotyk. To narkotyk, który zwykle nie szkodzi, choć czasem może (przykładem Maciek Berbeka i jego historia z Broad Peakiem). Do wyprawy na Manaslu dołączył ze Studia im. Iżykowskiego Staszek Jaworski. Był znanym filmowcem „górskim”, dobrze się wspinał. Planował na naszej wyprawie zrealizować swój pomysł filmowy p.t. „Narkotyk”. Film miał opowiedzieć o górach jako przedmiocie miłości i pożądania, wręcz narkotycznego. Pierwszą część filmu nakręcił w Kathmandu, głównie w knajpkach, gdzie używane są powszechnie różne narkotyki. Góry, które są dla wielu z nas jak narkotyk miały być przeciwstawieniem tego strasznego nałogu, który dotyka wielu, głównie młodych, ludzi. Niestety tej drugiej – najważniejszej części filmu nie zdołał nakręcić wskutek tragicznego wypadku, któremu uległ na naszej wyprawie.


W, była wyprawą zimową. Reinhold Messner, stwierdził kiedyś, że zdobycie tego szczytu zimą jest niemożliwe…
No widzisz, a nam się udało. Na szczycie stanęli wówczas Maciek Berbeka i Rysiek Gajewski. Był to dopiero drugi ośmiotysięcznik, po Evereście, zdobyty zimą i zarazem pierwsze polskie wejście na ten szczyt.
„Przyjaciela nie opuszcza się nawet wtedy, gdy jest bryłą lodu.” To znane słowa Wawrzyńca Żuławskiego. Sam zapłacił najwyższą cenę za próbę ratowania swojego przyjaciela. Całkiem niedawno ukazała się książka „Test Góry” Wojciecha Brańskiego dotykająca tematu „braterstwa liny”. Sądzisz że te słowa znaczą coś jeszcze dziś w górach?
Słowa Wawrzyńca Żuławskiego są piękne, wysoce moralne. Ale ratujemy przyjaciela, człowieka, a nie bryłę lodu. Jedną z pierwszych nauk udzielonych mi przez Rysia Szafirskiego, w czasie kiedy uczył mnie wspinaczki było: pamiętaj, że wychodzimy w góry razem i wracamy zawsze razem. Te słowa pozostały dla mnie jako kanon na całe życie. Ich znaczenie stało się ważne po latach kiedy okazywało się, że niekiedy nie wraca się razem.

Góry to szkoła charakteru. Uczą odpowiedzialności, wytrwałości, konsekwencji. Czego jeszcze Cię nauczyły? Co Ci dały?
Wyprawy w góry najwyższe bardzo mnie zmieniły. Przed wyprawami uchodziłem za nieśmiałego, często niezdecydowanego mola książkowego – tak uważali moi rodzice i większość kolegów. W szkole – przez cały okres aż do matury byłem tylko raz na wagarach jako jedyny w klasie. Prawdę mówiąc już sam fakt, że jadę na pierwszą wyprawę spowodował że poczułem się pewniejszy, byłem z siebie zadowolony. Jeszcze przed wyprawą okazało się że jestem aktywny i odpowiedzialny. Dokonując na lotnisku w Bombaju odprawy celnej pod nieobecność Wojtka Kurtyki, który poleciał tydzień wcześniej, odkryłem że w jednym z bębnów wyprawowych znajdują się radiotelefony. Ktoś przygotowując nasz sprzęt pomylił ładunki i radiotelefony zamiast do ciężarówki włożył do sprzętu wysyłanego samolotem. Na przywiezienie radiotelefonów do Indii trzeba mieć specjalne pozwolenie na które się czeka nieraz parę miesięcy. Wykrycie radiotelefonów mogło skutkować cofnięciem pozwolenia na wyprawę. Co robić? Jestem sam, bo dwaj pozostali uczestnicy wyprawy nie chcieli się nawet dotykać spraw celnych. Radiotelefony były na dnie pojemnika, a my po kolei wyciągaliśmy to co na wierzchu: namiot, liny, konserwy… I wtedy zdecydowałem: przerywam odprawę, wszystko z powrotem do bębna, a celnikowi każę się zaprowadzić do szefa urzędu celnego. Zostałem więc wprowadzony do gabinetu szefa, gdzie przed biurkiem kłębił się tłum interesantów. Wiedziałem już, że muszę użyć siły i rozpychając się dotarłem do ważnej osoby. Wystąpiłem z pretensją, że każą mi robić szczegółową odprawę, a my mamy pismo polecające z Urzędu do spraw himalajskich. Takie pismo na szczęście rzeczywiście miałem – zapewniano nas, że nasza wyprawa będzie miała wszelkie ułatwienia. Szef pismo przeczytał i powiedział, że osobiście sprawdzi co mamy do oclenia. Wiec wróciłem z nim i celnikiem do naszego bagażu a ja znowu: tu jest namiot, tu liny etc. Szef machnął ręką i kazał nas szybko odprawić, a ja odetchnąłem z ulgą i byłem zadowolony: zrobiłem coś czego do niedawna nie byłbym w stanie dokonać. Dość szybko nabrałem pewności siebie.


Jak godziłeś życie rodzinne i karierę naukową ze swoją pasją do gór. Czy czegoś żałujesz? Czy góry ci coś odebraly?
Niczego nie żałuję, góry nic mi nie odebrały, a dały to co mnie w życiu najlepszego spotkało. Nie tylko nauczyłem się wspinaczki – oczywiście w zakresie ograniczonym późnym wiekiem rozpoczęcia nauki. Ale nauczyłem się podejmować szybkie decyzje, nauczyłem się wytrwałości i cierpliwości. Pogodzenie życia rodzinnego z długimi okresami nieobecności w domu nie było łatwe, ale jakoś się udawało – na kolejne wyprawy miałem zawsze zgodę rodziny. Kierowałem kliniką, prowadziłem badania naukowe i zajęcia dydaktyczne (byłem inicjatorem wprowadzenia nauczania genetyki klinicznej w Warszawskim Uniwersytecie Medycznym). Wcześnie wstawałem, późno szedłem spać – na szczęście potrzebowałem mało snu. Do tego dochodziło staranie się o urlop bezpłatny – wypoczynkowy i naukowy nie wystarczał. Pomagało mi trochę to, że od 1980 roku byłem członkiem kadry alpinistycznej i miałem legitymację „Reprezentant Polski”.

Żyjemy w nizinnym kraju. Gór u nas jak na lekarstwo. Jak sądzisz, skąd w takim razie wziął się fenomen Polskiego Himalaizmu?
Myślę, że fenomen Polskiego Himalaizmu ma wiele przyczyn. Od dawna wiedzieliśmy, że góry dają wolność także w czasach niewoli. Dlatego też walczyliśmy o każdy metr Tatr w czasie kiedy ustalano granice.
Polski Himalaizm lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych to w dużej mierze powstanie nowych możliwości wyjazdowych, otworzenie świata – wykorzystaliśmy te możliwości bardzo dobrze. Potrafimy stawiać sobie ambitne cele i łączyć się we wspólnej ich realizacji.
Tak sobie siedzimy i rozmawiamy u Ciebie w domu, przy kawie i serniku i właśnie dostaliśmy wiadomość, że Twoja książka „Lekarz w Himalajach” otrzymała 1 nagrodę na Międzynarodowych Targach Książki – Kraków 2025 w kategorii Proza literacka i poezja o tematyce górskiej. Gratulacje!
Bardzo się cieszę, że doceniono moja pracę i dziękuję przy tej okazji Wydawnictwu STAPIS, bez którego nie było by pewnie tej książki.

Swoje górskie wspomnienia zadedykowałeś kumplom z Klubu Wysokogórskiego w Zakopanem.
Tak. To prawdziwi przyjaciele, którym zawdzięczam piękny czas przeżyty w górach. Cieszę się ze swoich 10 wysokogórskich wypraw, ale najbardziej szczęśliwy jestem dlatego, że poznałem tam wyjątkowych ludzi. Przyjaźń z gór pozostaje na całe życie.

W Twojej książce znajdziemy wiele anegdot związanych z wyprawami, w których brałeś udział. Nie zdradzimy ich wszystkich, ale może opowiesz czytelnikom jedną z nich?
Anegdotka: „O tym jak nie udało mi się popłynąć Gangesem”
Po wyprawie na Sziszapangmę w 1987 roku – był to ostatni ośmiotysięcznik Jurka Kukuczki – prawie cała wyprawa poleciała samolotem do Delhi. Janusz Majer – rekonwalescent po przebytej chorobie wysokościowej i zapaleniu żyły udowej, oraz ja, który się nim zajmowałem jako lekarz, mieliśmy na polecenie Jurka załadować cały bagaż wyprawowy do autobusu i pojechać z nim do Delhi. Trzeba było ok. 40 bębnów z bagażem wciągnąć na dach autobusu. Ja wszedłem na dach i wciągałem bębny na linie, do której przywiązywał je stojący na ziemi Janusz. Był to – zwłaszcza dla mnie – dość duży wysiłek, łącznie kilkaset kilogramów. Po zabezpieczeniu wciągniętych bębnów wsiedliśmy do autobusu. W autobusie poczułem mdłości i mówię do Janusza:
- chyba będę wymiotował.
A Janusz na to:
– nie ma sprawy, mam kilka torebek na drogę.
Autobus ruszył, a ja zwymiotowałem – krwią. Ale to nie był koniec, to był dopiero początek. Kilkakrotnie wymiotowałem krwią i wreszcie Janusz powiedział:
- Lechu, coś marnie wyglądasz, daj mi lepiej swój paszport.
Ja na to:
- Nie dam ci, nie zamierzam tu umrzeć.
Pasażerowie siedzący bliżej nas widząc moje problemy szybko przesiedli się na przednie siedzenia autobusu, a kierowca zapowiedział, że nie chce mieć kłopotów bo jeśli umrę w autobusie to będzie miał na głowie policję i mogą mu odebrać licencję. Zapowiedział, że w najbliższej wsi mnie wysadzi, ale sprowadzi do mnie lekarza. I w najbliższej wsi sprowadził lekarza, który okazał się być 16-17 letnim chłopcem, który oświadczył, że medycyny uczył się od swojego ojca, a ten jest najsławniejszym lekarzem w całym dystrykcie. On wie co mi jest i wyleczy mnie w kilka dni, tylko muszę na ten czas zamieszkać u niego w domu – oczywiście za pieniądze. Pytam się go, co będzie jak mu się nie uda mnie wyleczyć. Odparł, że wtedy też nie będzie problemu, bo za pieniądze na leczenie kupią drzewo na stos pogrzebowy, a moje prochy wysypią do Gangesu, który płynie niedaleko. Wtedy powiedziałem: dziękuję, już mi choroba przeszła. I rzeczywiście – przestałem wymiotować a kierowcę przekonałem 20 rupiowym banknotem i ruszyliśmy do Delhi. Nie żałowałem, że nie popłynąłem Gangesem – może innym razem. Po kilku dniach już byłem w Warszawie, gdzie zrobiłem badania a mój kolega, który mi je robił powiedział, że miałem wielkie szczęście, bo to nie żyła pękła tylko główna tętnica przełyku.


Dziś nie ma już gór które Ty pamiętasz… Tatry są zadeptywane przez miliony turystów z ciupagami „made in china”, co chwila media donoszą o kilusetosobowych kolejkach na szczyt Everestu. Rosną góry śmieci…
A przecież przeżywanie gór wymaga ciszy i skupienia… Myślisz że odnalazłbyś się dziś w swoich ukochanych górach?
Chyba byłoby to trudne. Miałem takie zderzenie z nową rzeczywistością we wrześniu 2024 roku kiedy z Maćkiem Pawlikowskim wybraliśmy się na spacer ze schroniska przy Morskim Oku do dolinki za Mnichem. Ze względu na moje problemy ortopedyczne tylko tam dotarłem, ale po drodze wyprzedziło nas co najmniej 100 osób, głośno rozprawiających na różne tematy, a do połowy drogi słyszalny był gwar tłumu z nad jeziora. Choć góry mi się czasem (coraz rzadziej) śnią, to częściej przed zaśnięciem wywołuję wspomnienia z różnych wypraw i w tych przedsennych wspomnieniach Tatry i Himalaje są piękne i ciche, bez tłumów. Takie góry pozostaną dla mnie do końca.



