Wyjazd w nieznane i bez planów. Poznać Pireneje. Postanowiłem przecierać owe górskie szlaki. Idąc drogą nawet nie zauważyłem, kiedy przeszedłem miejsce, gdzie powinienem skręcić na szlak. Mapa pokazywała, że droga prowadzi donikąd – kończy się dokładnie pomiędzy dwoma szlakami. To bez sensu i na pewno jest jakieś połączenie, jak nie z jednym, to z drugim szlakiem. Kto to widział, żeby droga kończyła sie ot tak, w lesie? Poza tym nie zamierzałem wracać się pół kilometra do szlaku – co to, to nie.

Idę dalej. Droga się skończyła, wszedłem w las i… są czerwone kropki na drzewach – jest ścieżka prowadząca w górę, dokładnie pomiędzy dwoma szlakami zaznaczonymi na mapie. Niestety, moja radość nie trwała długo, już po jakiś 200-300 metrach kropki sie skończyły, za to gdzieniegdzie zaczęły pojawiać się kopczyki kamieni – takie oznaczenia szlaku. 

Na zdjęciu jeszcze można zidentyfikować taki kopczyk, ale czasem graniczy to z cudem. Myślicie, ze przesadzam? Życzę powodzenia, szukajcie.

Dokładnie to, co widziałem w pewnym momencie przed sobą. Im wyżej się piąłem, tym większe problemy ze znajdywaniem kopczyków miałem. W pewnym momencie zupełnie jakby się skończyły, natomiast pojawiły się powalone drzewa, które być może pozmiatały te kopczyki? Zdecydowałem się iść w lewo – urwisko, w prawo – las tak gęsty, że bez plecaka ciężko by było się przedzierać. 

Środkiem – mieszanka lewej
i prawej strony.
Z uporem osła próbowałem 15 minut przebijać się dalej. Ostatecznie zrezygnowałem. Goryczy dodawał fakt, że zarówno od tego szlaku z lewej, jak i z prawej dzieliło mnie może 4oom w linii prostej. Musiałem wrócić się do drogi i iść do szlaku, który jakimś cudem przegapiłem. Wracając zaobserwowałem, że ścieżka owszem dochodzi do drogi, ale również odbija w dół zbocza. Decyduję się iść w górę do szlaku. Doszedłem do miejsca, gdzie powinien zaczynać się szlak i… nic. Ścieżynka, dziesięć metrów i nic. Dosłownie nic. 

Straciłem prawie godzinę i dalej jestem w punkcie wyjścia! ehh… dobra, koniec – wracam do tej ścieżki. Schodzę w dół, może las będzie nie tak gesty i na dziko przebije się te 400m do szlaku. Kilkanaście metrów przed końcem drogi całkowicie przypadkiem, kątem oka dojrzałem prześwit w krzakach – ścieżka… prowadząca w dół, co prawda, ale tak oznakowana, że od razu przypominają się tajemne oznaczenia ścieżek elfów z powieści fantastycznych. Podejmuję decyzję i wchodzę na ścieżkę bardziej uczęszczaną. Oznaczenia są bardziej wyraźne. Ostatecznie doszedłem do szlaku i zacząłem piąć się w górę.

Oznaczenia zaczęły znikać, pojawiać się, znowu znikać… niby wiadomo, że idziesz wąwozem i kierunek jest jedyny słuszny – w górę, ale brak oznaczeń naprawdę wprowadza wątpliwości, po kilku godzinach będąc na górze mogłem zobaczyć piękny krajobraz.

Natomiast przede mną Portella de Mentet, 2413m. 

Chmura zatrzymała się w dziwacznej równowadze pomiędzy chłodnym powietrzem, pchającym ją z jednej strony, a cieplejszym wiejącym od strony Francji, który je powstrzymywał.

Zaczęło grzmieć, na szczęście wydawało się, że jestem niecałą godzinę od schroniska.
W efekcie byłem faktycznie godzinę, ale od… ośrodka narciarskiego (Valter 2000), naturalnie w lecie zamkniętego. Usiadłem pod zadaszeniem, a z nieba runęła ulewa. Założyłem przeciwdeszczowe ubranie, sprawdziłem mapę, za 1,5-2km jest kolejne schronisko. Kiedy przestało lać ruszyłem w drogę. Radość skończyła się po 5 minutach, kiedy zaczęło sie oberwanie chmury. Zszedłem kilkaset metrów, po czym znowu musiałem się wdrapywać pod górę do schroniska. Zamiast ścieżki miałem wartki strumień wody i błota.

Do schroniska dotarłem w chlupoczących butach – moje goreteksowe buty okazały się być równie szczelne jak sito. Membrana trzymała, ale podeszwa powoli zaczynała oddzielać się od reszty butów – przy palcach. Zacząłem podejrzewać, że to ich ostatnia wyprawa, ale miałem nadzieję, że wytrzymają parę tygodni. W schronisku posiedziałem prawie 2 godziny z nadzieją, że przestanie tak intensywnie padać. Miałem przed sobą jeszcze 2-3 godziny trasy, z czego większość ostro pod górę, pamiętałem, że niedaleko czeka na mnie schron, w którym będę mógł się przespać. Gość sprzedający mi kawę potwierdził to łamaną angielszczyzną ‚veri, veri bad. Krzywa podłoga i takie tam… jak krzywa podłoga? Że spadek? Zawsze można się ułożyć tak, aby głowa była na górze, prawda? Powiedział jeszcze, że po drodze jest jeszcze jeden SOS-schron, którego nie ma na mojej mapie, a jest trochę lepszy. Ogrzałem się, odpocząłem i ruszyłem. Była 17:20. Najpierw ostro pod górę. Deszcz lał. Nie było przyjemnie. Im wyżej, tym zimniej. Byłem przy Coll de la Marrana, 2529m.

Dotarłem do pierwszego schronu położonego tuż pod szczytem i… zbladłem –to ma być schron?!?  

Niedobrze, bardzo niedobrze (prawie jakveri, veri bad), ale miało być gorzej, bo pierwsza równia między szczytami wyglądała już tak Coll de la Vaca, 2793m, jak na zdjęciu.

Palce kostniały. Żałowałem, że nie mam odpowiednich rękawiczek, kiedy nie ma słońca, to na prawie 3 tysiącach wysokości jest zimno. Bardzo zimno. Zacinał deszcz ze śniegiem. Idziesz, a w zasadzie powoli zaczynasz powłóczyć nogami, bo zmęczenie, bo obciążenie, wychłodzenie, brak poczucia upływu czasu, wszystko dookoła wygląda tak samo… powoli zaczynasz tracić dobry humor, twoje myśli zaczynają coraz ciaśniej i uporczywiej krążyć wokół tej najważniejszej: gdzie ten schron? W pewnym momencie z mgły wyłonił się las krzyży Coll de Caranca, 2724m.
Memento mori– dokładnie tego brakowało. Znowu straciłem drogę, wszystkie kierunki były niewłaściwe. Co z tego, że oznakowanie szlaku jest, co 50 metrów, jak ja w tej zawierusze pogodowej widzę maksymalnie na odległość 30 metrów? Straciłem 15 minut krążąc w kółko. Zrobiło się późno, pogoda tragiczna, tracę resztki cennego ciepła… i dalej nie wiem, który szlak jest mój… niewesoło. Przez chwilę przestało zacinać. Postanowiłem sprawdzić na GPS-ie, czy już zszedłem ze szlaku, czy jeszcze na nim jestem oraz czy idę we właściwym kierunku. Pirenejskie szlaki niczym nie przypominają tych znanych z Karkonoszy, Tatr, czy Alp. Tu częstokroć szlak – to kilka kopczyków postawionych, co jakiś czas na łączce, lub kamienistej pustyni – zależnie, czy droga jest ‚oczywista’, czy też nie.

W tym miejscu przecinały się trzy szlaki. Odnalazłem swój szlak i idę dalej, jest coraz zimniej, wiatr szarpie coraz agresywniej, deszcz coraz silniejszy… wierzę, że trasa jest widokowa – naprawdę. Szkoda, że jedyne, co widziałem, to zarysy skał przede mną i szare mleko dookoła mnie. Po niecałej godzinie doszedłem do Coll de les Nou Fonts, 2652m – to tutaj powinien być obiecany schron. Okazało się, że mój schron – to góra kamieni, aż się przeraziłem. Wejść trzeba na czworaka i tak samo poruszać się w środku. Zamiast podłogi kamienie, z sufitu leje sie woda, a na ‚podłodze’ kałuże… sporo energii poszło mi na przeciśnięcie się przez otwór wejściowy, nie uszkadzając plecaka.  Spanikowałem, kiedy okazało się, że wiatr wieje tak samo w środku, jak i na zewnątrz. Z mapy wynika, że za około 3 kilometry, idąc w dół jest wioska.3 kilometry w tych warunkach to pewnie 1,5 godziny marszu. Jest 20:40, mam jeszcze godzinę dnia, może 1,5, jeżeli chmury bardziej nie zgestnieją. Żeby, chociaż zejść niżej, gdzie nawet niech pada, ale temperatura nie bądzie zagrażała wychłodzeniem organizmu. Podejmuje decyzje, idę do Nuria, cokolwiek to jest. Zaczynam bardzo szybkim krokiem schodzić po stromym, pełnym obsuwających się kamieni szlaku, który wolno zamienia się w trawiastą ścieżkę, dalej trzeba było iść po skałkach, lakach – gdzie mogłem przyspieszyć i takim to marszobiegiem wśród przyglądającym się mi krowom, dotarłem do obiektu zwanego Nuria.

Wyglądem przypominał ośrodek wypoczynkowy – mix hotelu, SPA, wyciągów, placów zabaw itd. Wszedłem do głównego budynku – cieeepłooo. Zrzuciłem 25 kilogramowy plecak, przemoczony polar i buty i jak Smok Wawelski przyssałem się do butelki z wodą. Zjadłem kolację i zacząłem rozglądać się po obiekcie. Nikt się mną nie interesował, nikt nie pytał, czego chcę, nikt mnie nie wyganiał… goście przechodzili czasem obok, rzucając spojrzenie, po czym odchodzili. hmmm… Skoro mnie nikt nie wygania, to chyba mam nocleg. Tylko trzeba znaleźć miejsce, żeby nie rzucać się w oczy. Znalazłem  – sala audiowizualna. Bingo! Ciepło, sucho, spokojnie. Rozłożyłem się i… ze zmęczenia nie mogłem zasnąć. (…)

Autor tekstu i zdjęć: Paweł Sieczko
Więcej na blogu autora:
https://bezplanow.wordpress.com/2014/07/08/pireneje-czas-pokory/
2015