Facebook
Witamy, Gość
Nazwa użytkownika: Hasło: Zapamiętaj mnie
Witamy na forum! opis

Rowerem po Nowej Zelandii

Rowerem po Nowej Zelandii 3 lata 5 miesiąc temu #130

Witam serdecznie
Mam nadzieję, że moja wyprawa zainteresuje czytelników Dookoła Świata, jest to kolejna wyprawa rowerem - tym razem po drugiej stronie świata![/i][/b]

Po przeszło trzydziestu godzinach spędzonych w samolocie, w końcu dotarliśmy do ziemi wymarzonej. Mityczna dla wszystkich, którzy o niej myślą, z początku zupełnie zaskakuje takim naszym europejskim wyglądem. Coś w rodzaju połączonej Wielkiej Brytanii z Danią, oraz Szkocji z Niemcami. Zgrabne domki, elegancko przystrzyżona trawa, lewostronny ruch, wszystko prawie że idealne, i pierwsze co sobie myślisz - Boże, tyle się męczyłem w tym samolocie, a teraz widzę to co mam na wyciągnięcie ręki zaraz za granicą.
Pierwsze wrażenie mija jednak z każdym kilometrem, kiedy możemy doświadczyć tego co jest zaraz przy drodze, czy też wzrokiem staramy się uchwycić to co na horyzoncie. Bujna tutejsza roślinność wymieszała się też z wieloma przywiezionymi przez Europejczyków sadzonkami. Znajdziesz i eukaliptusy, agawy, i lipy. Wijąca się na boki, ale też i w górę i w dół, droga zwana Pacyfic Coast Highway odkrywa przed nami turkusową zatokę z niewielkimi górami. Liczne ogrodzone kilometrami pastwiska dla owiec, i krów, stanowiących jedną z głównych gałęzi tutejszego eksportu, stawiają przed nami swego rodzaju ograniczenie w postaci braku znalezienia dobrego miejsca na nocleg. Nawet campingów jest tutaj jak na lekarstwo co kończy się tym, iż lądujemy w niewielkim parku z kilkoma ławkami nad zatoką. Zaraz przy wjeździe wita nas znak: Zakaz nocowania! Ale za znakiem stoi kilka camperów. Przy jednym z nich siedzi para Maorysów, pijących spokojnie piwo na rozkładanych fotelikach, wpatrując się w faje rozbijające się o kamienisty brzeg.
- Przepraszam, czy można tutaj nocować? ? zapytałem zatrzymując się zaraz przy nich.
- Oczywiście! ? odparł potężny mężczyzna, dość śmiesznie chichocząc - Nie ma żadnego problemu.
- Ale tam na wjeździe jest napisane, że nie można tutaj rozbijać się.
- Spokojnie, to moja wyspa i możecie tutaj nocować. My tu stoimy już od 3 tygodni.
- To my za to postawimy nasze namioty tam.
- Nie ma problemu. Oczywiście. Czujcie się jak u siebie nikt wam nie będzie przeszkadzał.
I rzeczywiście, jedynie jeden z tutejszych chwilę po tym jak zaczęliśmy rozstawiać namioty podjechał, zagadał z nami chwilę i odjechał, a my spokojnie rozkoszowaliśmy się widokiem zatoki, z niewielka wyspą nieopodal, popijać białe nowozelandzkie wino o lekko gorzkawym smaku. Wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, które wyglądało zupełnie inaczej niż nasze rodzime, staraliśmy się znaleźć charakterystyczne konstelacje.
Następnego dnia lazurowa zatoka Firth of Thames, kusi nas, jednak pierwsze czego trzeba nauczyć się, to to że nie każda kropka na mapie to miasto czy wieś. Czasem to po prostu skupisko kilku farm, a w przypadku niejakiego miasteczka Miranda, o która dzień wcześniej opowiadał nam tutejszy, okazuje się być hotelem z gorącymi źródłami oddalonym o kilka set metrów od wody. Do tego jeszcze dostęp do plaży jest swoistym wyzwaniem, bo pomiędzy drogą a wodą, są porośnięte wydmy. Praktycznie nie do przejście, często też ogrodzone. I tyle byłoby z naszej kąpieli.
Układające się z północy wiatry pchają nas na południe, dodając nam niesamowitego pędu, dzięki czemu możemy spokojnie pokonać już drugiego dnia 90 kilometrów, co wydaje się być niesamowitym wynikiem, szczególnie że z rana przez ponad 20 kilometrów musieliśmy przebijać się przez niewielkie gór, przypominające nam Szwajcarię, z delikatnie opadającymi zboczami gór, poprzedzielanymi niewielkimi strumykami, nad których brzegami pasą się stada bydła. Sielankowy widok, ciągnął się praktycznie przez cały dzień, z tym że od momentu wjechania nad wybrzeże góry zniknęły a my przez płaski jak patelnia teren rozlewiska rzeki Waihou dojechaliśmy aż pod samo Paero, mając na licznikach 80 kilometrów.
Niewielka szkoła podstawowa wydaje się być idealnym miejscem do przenocowania. Duże boisko, wszystko ogrodzone, cóż więcej można chcieć. Dziewczyny na zwiad, o wiele lepiej prezentują się niż Ja, i wzbudzają we dwie dużo zaufania. Ciekawe czy dzisiaj sprawdzi się ten eksperyment?
Roweru oparte o ogrodzenie szkoły spokojnie czekają aż powróci zwiad, którego cały czas nie ma. W końcu są. Gosia w ręku ma kilak białych kartek, i machając nimi krzyczy przez dzieciniec ? Jeszcze 10 kilometrów, i mamy nocleg! ? 10? Już mamy 80! ? pomyślałem sobie. ? Udało nam się załatwić nocleg u jednej z nauczycielek. 10 kilometrów stąd mają z mężem farmę, i tam możemy się rozbić. Ona będzie gdzieś około 7. ? lekko podekscytowana druga Gosia z uśmiechem aż pali się do ruszenia dalej.
Farma Farminco, bo tak się nazywa leżąca przy drodze o wdzięcznej nazwie Awaiti, okazuje się być jedną z większych w okolicy. Mąż Alicji, Scott, były zawodnik rugby, teraz hoduje 660 krów i jest jednym z większych hodowców w Nowej Zelandii, tylko kilku innych ma większe stada od jego.
Siedząc w jego obłoconym tickup-ie poznajemy farmę, będącą jak nam się zdaje wielkości niewielkiego miasteczka. Poodgradzane pola, w rotującej kolejności przyjmują dwa stada, podzielone na pół. Każda jedna krowa, każdego dnia, zaganiana jest do dojarni gdzie będąc na swoistej karuzeli z automatyczną dojarką sama wchodzi i kręci się z resztą 30 innych krów, aż w końcu odda prawie 25 litrów mleka i co ciekawe sama tam wchodzi i sama wychodzi, ze zmyślnego urządzenia. Scott, zaciągając tak, że praktycznie możemy zrozumieć może co trzecie, czasem czwarte słowo, opowiada nam o każdym jednym szczególe swojej farmy. Niesamowite jest to, że człowiek który jeszcze 5 lat temu grał w jednym ze szkockich zespołów, teraz z wielką pasją opowiada o tym czym się zajmuje. Ile przyjemności sprawia mu, doglądanie każdego stada, opiekowanie się niektórym chorymi krowami. Sam wywodzi się z rodziny, do której należy ponad 2000 krów. A tylko jego farma codziennie produkuje ponad 16 000 litrów świeżego mleka.
- To jedno stado, tutaj dzisiaj nocują ? zatrzymuje swój samochód przed rozciągniętym elektrycznym pastuchem, wysiada i woła nas - Chodźcie, zobaczycie je z bliska. Tutaj jest 320 krów.
- Co z nimi robicie w zimie? A kiedy właściwie zaczyna się u was zima?
- Tak od końca maja. Tutaj są na farmie na łąkach, ale nie dają mleka ? powoli zaczynamy przyzwyczajać się do jego akcentu, ale nadal co chwilę prosimy by powtórzy co powiedział, bo nie możemy domyśleć się nawet kontekstu zdania. ? jeżeli mamy tak 250 ? 260 dni, w których dają mleko, to można powiedzieć, że do był dobry rok.
- Czyli przez jakieś dwa, trzy miesiące mają wolne?
- Tak! Wtedy odpoczywają przed kolejnym sezonem.
- A jak wygląda tutaj zima?
- W Szkocji, kiedy jest mróz i jest -10st, to czujesz -10. A tutaj pada deszcz i jest wiatr. Kiedy jest 0st to odczuwasz ?15st. Od taka to nasza zima. Nie ma tu śniegu, tylko czasem rano trochę go leży, ale zaraz potem znowu pada deszcz. ? Scott, odpowiadał na każde nasze pytanie, a my staraliśmy się wyłapać ile się dało. Bo takiej wycieczki, naprawdę nie spodziewaliśmy się. Ludzie oglądają tysiące innych rzeczy opisywanych w przewodnikach, a kto by pomyślał, że tak właściwie to to jest prawdziwa Nowa Zelandia. Potomkowie Brytyjczyków, dzisiaj hodują tysiące sztuk bydła, zajmując tysiące hektarów ziemi zaledwie w kilka, czasem kilkanaście osób.
Czym dalej kierujemy się na południe w stronę Rotorua, tym okolica zaczyna zmieniać się w krainę okolic Shire, gdzie Hobbici spokojnie palą swoje fajki, siedząc pod drzewami, na niewielkich pagórkach. Towarzyszy to nam od dwóch dni, a żaden z naszych aparatów nie potrafi odzwierciedlić tej sielankowej krainy, porośniętej trawą, z wybijającymi się od czasu do czasu gołymi skałami. Jednak co jakiś czas, zanurzamy się w las, który przenosi nas w zupełnie inną krainę. Dosłownie w mgnieniu oka jesteśmy raz w Shire, raz w lesie deszczowym, gdzie regularny odgłos ukrytych cykad, aż porusza lasem, a tętniący bujną zielenią las, z przeróżnymi dotąd dla nas nie spotykanymi roślinami stanowi zielony mur nie do przejścia. Niestety na naszej drodze jak dotąd nie udało nam się znaleźć chodź jednej ścieżki, która wprowadziłaby nas w gąszcz kipiący bujną zielenią. Sami też, dość mocno wyczerpani poprzednim dniem, nie jesteśmy zdecydowani na pokonanie niewielkiego masywu przed jeziorem Rotorua, gruntową górską drogą, prowadzącą właśnie przez ten las. Gna nas chęć dotarcia do Maorysów, kipiących błot i gejzerów, z malowniczymi krajobrazami.
Ostatnio zmieniany: 2 lata 10 miesiąc temu przez Redakcja DS.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.

Odp: Rowerem po Nowej Zelandii 3 lata 5 miesiąc temu #132

Mordor? relacja 12.02.2012

O 6 rano, jeszcze w ciemności czekamy na autokar, który ma zawieźć nas do rezerwatu, gdzie od bazy, mamy 19km do przejścia przez dwa wulkany. Z początku spokojna droga, z czasem zaczyna wysoko wspinać się na zbocza wciąż aktywnego wulkany, który nie dość że jeszcze niedawno wylewał z siebie lawę, to udało mu się dostać do najsłynniejszego filmu, który rozsławił Nową Zelandię. Plan, gdzie Frodo wraz z Golumem wspinali się do zbocza Morodru to właśnie zbocza trzech wulkanów parku Tongariro. Czarna bazaltowa ziemia, w niższych partiach miesza się z kępami zielonych roślin, z czasem staje się zupełnie jałowa. Jęzory lawy, zastygnięte zsuwają się ze zbocza, przez które wiedzie niewielka ścieżka, biegnąca w stronę samego krateru.
Chłód i wilgoć potęgowane są przez chmury, które zawisły nad górą, powodując że jedyne widoki jakie mamy to czasem kilka kamieni przed nami, lub plecy poprzedzającego nas turysty. Dookoła dosłownie mleko, zasłaniające wszystko. Zmęczeni wczorajszym wyczynem wspinamy się coraz  wyżej, jednak mgła nie ustępuje.
Po przeszło dwóch godzinach dochodzimy do rozwidlenia szlaków, skąd jednym można było iść dalej w stronę autokarów, lub na trzy godziny odbić do krateru, którego wierzchołek sięga 2300 m npm. Cóż to dla nas, w końcu teraz pokonaliśmy odcinek o pół godziny szybciej niż pokazuj na planach. Idziemy.
Sypki pył, osuwa się przy każdym kolejnym kroku. Ścieżka wspina się jeszcze wyżej czasem niknąć, czasem znowu odnajdując się. Sami, dookoła tylko lawa, mgła i niesamowicie stroma droga. W końcu ktoś dołącza do nas, ale tak jak i my mozolnie i powoli wspinają się coraz wyżej. Co kilka metrów chwile zwątpienia, i próby wdrapania się na szczyt. Nasza grupa powiększa się, ale z każdym metrem wyżej zaczyna padać coraz mocniejszy deszcz. Chyba jednak nie ma sensu wdrapywać się coraz wyżej. Jesteśmy może w 1/3, może nawet niżej, a zmęczenie daje się coraz bardziej we znaki. Niestety, czasem trzeba odpuścić. Przed nami jeszcze wiele kilometrów do czerwonego krateru i małych jezior, oraz zejście na dół.
W tym czasie kiedy my wspinaliśmy się na wulkan, liczba kolejnych turystów tak wzrosła iż na szlaku utworzyła się kolejka na podejściach pod ostrzejsze odcinki. Na rozwidleniach szlaków, nie było miejsca na kamieniach by przysiąść i odpocząć. Mięśnie zaczęły odmawiać nam posłuszeństwa, a każdy krok stawał się wysiłkiem. Wpatrzeni w drogę przed sobą, otoczeni gęsta mleczno-białą mgłą ledwo dostrzegliśmy zbocze czerwonego krateru. Spadające w dół jak zbocze klifu brzegi wulkanu, dały o sobie znać dobrze nam już znanym zapachem siarki. Stojąc na jego krawędzi, nie widzimy dna, tylko pozostawione przez ostatni wybuch wielkie głazy, które nie zdołały w ostatnich chwilach erupcji wylecieć na zewnątrz. Kilkanaście minut dalej, kolejny zjazd na piętach, zboczami  wulkanu i lądujemy nad niewielki stawem. Dookoła lazurowej wody, znana nam żółta siarczana obwódka mocno kontrastuje z czarną lawową ziemią. Każdy przystaje i dosłownie spragniony zrobienia sobie chodź by jednego pamiątkowego zdjęcia z wulkanu, pozuje do zdjęć prosząc innych naciśniecie przycisku migawki, by za chwile odwdzięczyć się tym samym.  
Schodzimy coraz niżej, mgła ustępuje, a przed nami rozciągają się niesamowite połacie brązowych kęp wysokiej trawy, okalających zbocza. Sznurek ludzi wije się na ścieżce kręcącej się serpentynami w dół zbocza. Dosłownie autostrada, gdzie przystajesz by ktoś cię wyprzedził albo sam starasz się wyprzedzić i zaraz wpadasz na kolejną grupę.
Całe zmęczenie i rozczarowanie w końcu rekompensuje nam wspaniale zielony las deszczowy, gdzie starając się nie wejść w błoto otoczony jesteś soczyście zielonymi paprociami stanowiącymi ściany tunelu, a wysokie palmy i porośnięte mchem drzewa zamykają dach tej zielonej przeprawy. Huczące strumienie rzeźbią zbocza czarno zielonych zboczy wulkanu, a my przedzieramy się dalej marząc o nagrodzie za to że po raz kolejny zafundowaliśmy sobie ostry wycisk.
Ostatnio zmieniany: 2 lata 10 miesiąc temu przez Redakcja DS.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.

Odp: Rowerem po Nowej Zelandii 3 lata 5 miesiąc temu #140

Nasz czas na wyspie północnej kończy się. Po przejechaniu przeszło 450 kilometrów, musimy udać się bardziej na południe. Lekko zmodyfikowaliśmy nasz plan, musimy też trochę odpocząć, a wiedząc iż wyspa południowa skrywa przed nami największe tajemnice, udajemy się do Wellington, gdzie wsiądziemy na prom do Picton.

To chyba najmniejsza stolica jaką znam. Mieszka tu zaledwie 140 000 ludzi. Położone w zatoce, pomiędzy wzgórzami, wyraźnie oddziela swoją część biznesową od sypialni miasta, za to portowe doki to liczne bary, restauracje i przestrzeń do odpoczynku, relaksu, spotkań z przyjaciółmi. To bary, restauracje i dyskoteki. Nikt nikomu nie przeszkadza, mimo tego że muzyka wydobywa się z dwóch lokali obok siebie.
Wnikając dalej w serce miasta, odnajdujemy i monumentu typowo europejskiej architektury, monumentalne kamienne budowle, z tak charakterystycznymi dla Londynu zdobieniami budynków, sąsiadujące z prostą nowoczesną linią, będącą lekką kontra dla dawnej stylizacji.
Przyklejone do zatoki miasto, stara się pokazać swoją nowoczesność, ale i dawne czasu kolonialne. Pozostawione stare drewniane nabrzeża, wciśnięte są w betonowe konstrukcje. Mogłoby się wydawać, że ktoś zapomniał o nich, lub też architekt nie miał sprecyzowanej wizji, a nieład jest tu motywem przewodnim, jednak młode miasto, z tradycją sięgającą zaledwie kliku stuleci, stara się nie odcinać od czasów kolonialnych czy też okresu drugiej wojny światowej. Wmurowana na nabrzeżu tablica ze stalowym masztem ponad nią, przypomina o przybiciu w latach czterdziestych statku z grupą polskich dzieci, uciekających przed reżimem ZSRR. Można też znaleźć liczne tablice z takimi napisami jak ?I lice at the edge of the universe, like everybody else.?
Wellington, jak pozostałe miasta Nowej Zelandii, zdaje się nie zwracać zbytnio uwagi na resztę świata. Pomimo tego iż powiązani ekonomicznie, z bieżącymi wiadomościami, żyje swoim spokojnym nie zmąconym rytmem. Można często spotkać ludzi chodzących na bosaka, czy też patrząc na nich mieć wrażenie że dla nich czas płynie kompletnie inaczej. Jest to zderzenie, a nawet mały szok dla nas pędzących stale Europejczyków. Zdaje się, że to jest właśnie sekret mitycznego zachwytu tym krajem. Nie krajobrazy, których wiele na całym świecie i każdy piękniejszy, w zależności od tego kto na niego patrzy, nie historia, bo tej tutaj w porównaniu z naszą jak na lekarstwo, lecz właśnie ten spokój, inny rytm życia. Coś co pozwala oderwać się od codzienności.

W samym centrum miasta, w jednym z wieżowców, za wielkimi drewnianymi drzwiami, mieści się najmniejsza Polska Ambasada, będąca też najdalej umieszczoną placówka dyplomatyczną naszego kraju. Nasza wizyta, krótka ale jakże miła. Pani Ambasador wraz z mężem, serdecznie nas witają zdradzając nam, iż tam gdzie teraz się udajemy, drogi będą już bardziej nam przyjazne, a i więcej rowerzystów też spotkamy na naszej drodze.

Pozdrawiamy
Zespół TOE
Ostatnio zmieniany: 2 lata 10 miesiąc temu przez Redakcja DS.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.

Odp: Rowerem po Nowej Zelandii 3 lata 5 miesiąc temu #141

Rano meszki nie odpuszczają. Cały czas atakują nas, jak tylko wystawiany nos poza namiot. Pod
tropikiem cała pułk wojska czekający na zmasowany atak na ofiarę. Nie pozostaje nic innego, jak szybko zwiną namioty i ruszać do Nelson. Przed nami około 30, może 35 km, jednak przed góry, szutrową drogą.
Na jednym z rozwidleń jest napis ? Droga Zamknięta. ale nie widać by coś było na niej robione. Z początku spokojnie, jednak z każdym kolejnym metrem droga zaczyna wspinać się coraz wyżej, i wyżej będąc coraz bardziej stromą. Najniższe przełożenia, a nogi w jednostajnym rytmie pracują jak koła od parowozu. Każdy zlany potem wciąga swój dom do góry.
Nagle z góry słychać szum kół i dwóch rowerzystów gna w naszą stronę, szybko wyhamowując by nie wpaść na nas, w mgnieniu oka krzyczą:
- Daleka droga przed wami.
Ale co to znaczy daleka? Na razie jedziemy może z 20 minut, to znaczy ile jeszcze? Jednak Ci już polecieli w dół. Jest rano, musieli tu jakoś wjechać, więc pewnie nie daleko. Jak na razie to da się jechać.
Kilka set metrów dalej, droga zamienia się w istny horror. Nie dość, że stroma to do tego jeszcze strasznie duże na niej kamieni i żwiru. Nie da się jechać i trzeba rowery prowadzić wpychając je pod górę. Pot leje się z nas, i modlimy się by to skończyło się za chwilę. Ale nie kończy się. Nawet jak jest niewielki kawałek w dół, to może ujedziesz z 50-100 metrów i znowu do góry.
Myślisz sobie, wycofać się? To tak nie będzie lepiej, bo za nami już dobre kilkanaście kilometrów, a i też były tam odcinki pod górę, na które musielibyśmy teraz wciągać rowery. Idziemy, byle do przełęczy, potem będzie już z górki.
I tak pchamy się do góry, nogi ślizgają, osuwają się, a my staramy się złapać chodź skrawek przyczepności. Rowery mozolnie, lecz powoli wtaczają się, chcąc wymknąć się i osunąć w dół. Co chwila przerwa, bo inaczej nie damy rady, do tego słońce i zero wiatru.
- Kto to wymyślił? ? tak retorycznie rzucam w eter.
-Ty! ? pada, krótka odpowiedź. I nawet nie chcemy i mi się tego komentować. Teraz moglibyśmy analizować jak to się stało, ale po co. Dotrwajmy i niech ta ścieżka skończy się.
W końcu po przeszło pięciu godzinach wtaczamy się na przełęcz i tutaj kolejny znak ? Droga zamknięta i stalowa lina przewieszona przez drogę. Co robić? Iść? Czy wycofać się? Brak odpowiedzi, i obawy że dalej będzie jeszcze gorzej. Ale dlaczego idą stamtąd rowerzyści?
- Da się tędy jechać? ? zapytałem pierwszego śmiałka idącego z dołu.
- Tak. Chodź trzeba uważać.
- A jak długa jest ta trasa?
- Hmmm ? spogląda na licznik ? jakieś 11 km. Ale my wchodzimy ? teraz spogląda na zegarek ? dwie godziny.
- To idziemy ? rzucam do dziewczyn.
W dół nie jest wcale łatwiej. Droga jest tak stroma że trzeba prowadzić rowery. To jakiś koszmar. Jakim cudem tutaj mają jeździć samochody z napędem na cztery koła, ale lepsze pytanie to jak syn tam tej pani to przejechał na skuterze?!
Tak przez kolejne dwie godziny prowadzimy rowery, co jakiś czas wsiadając na rowery, kiedy ścieżka ma mniejsze nachylenie. Na jednym z postojów przypadkiem zauważam, że u Gosi jedna część bagażnika, jest w innym miejscu niż zwykle. Zamiast na zewnątrz ramy, to jest w środku do tego opiera się o wielotryb. Pękła śruba i cały bagażnik wyskoczył, wskazując na najmniejsze żeby wielotrybu. To mamy problem i to nie mały. O ile śruby zapasowe są to niestety ale ułamana śruba została w ramie. Na szczęście projektant przewidział jeszcze jedną parę, dokładnie takich samych otworów, nie wiele wyżej. Idealnie pasujących do zamontowania bagażnika. Operacja trwa dosłownie chwilę i można ruszać dalej.
Droga wcale nie polepsza się. Po kilku kilometrach kiedy wydaj się, że za chwilę wyjedziemy na prostą, pokazuje się jezioro, a ścieżka ostro podbija do góry i znowu pchamy. Umęczeni, przeklinamy skróty i znaczki na mapie, dziękując po cichu że nie pada. Gdyby tu teraz chodź tylko trochę mżyło albo padało. To byśmy zostali tu na zawsze, w bagnie po kolana.
W końcu pokazuje się iskierka nadziei ? farma i owce, ale jest i płot, a za nim znak. Droga zamknięta, roboty, proszę obrać drogę, ścieżka rowerową. O nie, nie damy już rady, będziemy przedzierać się przez te roboty, może jakoś się uda.
I rzeczywiście kilkaset metrów niżej wielka koparka stoi na środku szutrowej drogi, a panowie zatrzymują nas mówiąc:
- Powinniście się cofnąć do ścieżki rowerowej. Tutaj nie da się przejechać.
- Ale my właśnie stamtąd jedziemy. A dokładniej za gór.
- Skąd?
- Z Perolus Bridge. Nie mamy już siły żeby się cofać. Ostatnie pięć godzin spędziliśmy na pchaniu rowerów. Nie da się jakoś bokiem tutaj przejść?
Nie wierzą patrząc się na nas, że pokonaliśmy góry z takim bagażem, ale widać że widzą w naszych oczach zmęczenie i zrezygnowanie.
- Dobrze poczekajcie. Ale cofnijcie się.
Wielka koparka rusza się i wycofuje znad długiego na kilkadziesiąt metrów rowu po środku drogi, odsłaniając nam niewielką przestrzeń zaraz obok. Wszyscy skupieni na nas, część pomaga nam przeprowadzić rowery po grudach ziemi.
- Tylko dalej też uważajcie. Tam jest jeszcze jedna pracująca na poboczu koparka. Jak ją zobaczycie to zwolnijcie, żeby ona i Was zobaczyła. ? na pożegnanie przestrzega nas młody, chyba kierownik tego zamieszania.
Udało się, nie musimy się wracać, a droga szutrowa ale wydaje się być teraz idealna opada szybko w dół, a my pędzimy delektując się szumem opon wbijających się w małe kamienie.
Następna koparka tez na przepuszcza, a my po około trzydziestu minutach znajdujemy się w końcu w mieście. Umęczeni, ale szczęśliwi, że przeżyliśmy. Pokonaliśmy przełęcz, na którą wybierają się tylko lekkie rowery górskie, i to też jak widać było nieliczne.
Ostatnio zmieniany: 2 lata 10 miesiąc temu przez Redakcja DS.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.

Odp: Rowerem po Nowej Zelandii 3 lata 5 miesiąc temu #142

Doliną rzeki Buller, do Morza Tasmańskiego
Ostatnia przeprawa kosztowała nas wiele wysiłku, dlatego trzeba odpocząć. W Nelson, wydawałoby się większej aglomeracji w tej części wyspy znajdujemy kemping, skąd mamy punkt wypadowy do Abel Tasman NP. Miejsce, będące punktem obowiązkowym każdego przybywającego na wyspę północną można zwiedzić na kilka sposobów ? pieszo, na łodzi, lub też kajakiem, opływając północno- wschodnią cześć parku od strony zatoki, gdzie złoty piasek, w niewielkich zatoczkach odwiedzany jest nie tylko przez turystów, ale i foki, pingwiny i delfiny.
Jeżeli masz jeden dzień to za ?niewielką opłatą? można ruszyć zasmakować tajemniczych i romantycznych miejsc w parku. Niewielki statek wiezie Cię od zatoczki do zatoczki, gdzie spokojnie można rozkoszować się piaskiem, i szumiącymi falami.
Park to jednak nie tylko woda i piasek z morskimi zwierzętami, ale i bujny las na zboczach gór. Desant na jednej z plaży i spacer do kolejnej zatoczki. I wszystko byłoby pięknie gdyby nie ta pogoda, która postanowiła akurat dzisiaj lekko popsuć się i sprawić iż dzień jest szary, a czasem nawet lekko mokry. Cóż jak nie góry, to?
Samo miasteczko wydaje się być spokojnym miejscem, gdzie prócz przewijających się co chwilę turystów, reszta mieszkańców żyje swoim rytmem. Główna ulica, będąca zarazem też długim pasażem handlowym, jest spokojna i wyjątkowo urodziwa. Nad chodnikami wiszą wielkie pęki pelargonii, pozawieszanych na skraju półcieni, ciągnących się przez cały trakt. Samochody powoli i uważając na każdego przechodnia przesuwają się, wtapiając się w spokój ulicy. Kilka restauracji i kawiarni, oraz mnóstwo sklepów.
Następnego dnia opuszczamy Nelson. Teraz przed nami przejazd przez kolejne góry, oraz Nelson Lakes National Park.
Po drodze, niewielka przerwa na regenerację przed podjazdem, a deszcz wręcz zagania nas do baru, przy którym zatrzymaliśmy się. W środku, tylko właścicielka, długi bar trzy obszerne sale, a cały sufit zapisany różnymi wpisami, ludzi z całego świata. A tak poza tym, to tylko my. W sumie jak już pada, to i można skosztować lokalnych wyrobów spod znaku braci chmielowych. Barmanka okazuje się właścicielką całego zajazdu i nasza konwersacja zaczyna płynąć, jak ze starym znajomym.
- Zależy czego chcielibyście spróbować?
- Czegoś co zdecydowanie jest lokalnym wyrobem.
- To Hays, jest z tych regionów, oraz Belgrove, reszta to duże browary.
- To po mały poprosimy. Niewiele ludzi tutaj zagląda?
- Mam licencję od 9, ale nikomu się nie chwalę. Zwykle wieczorami się schodzą. Mam tu jeszcze duży ogród z tyłu. Chodźcie to Wam pokażę. ? zaraz za drugą sala obszernego baru, znajduje się wspaniały duży ogród. Niewielkie krzewy i drzewa, pomiędzy nimi zielona trawa, i niewielkie
źródełko. Idealne miejsca na dobre BBQ.
Po chwili wracamy do baru, a rozmowa trwa dalej. Oczywiście jak zawsze odpowiadamy na pytania skąd jedziemy, dokąd etc. Odpowiedzi znamy już na pamięć i płynie na nie odpowiadamy, starając się lekko urywać końcówki, by wpasować się w tutejszy dialekt.
-Do Darwin? ? zdziwiona, otwiera oczy.
- Tak, przez sam środek Australii. ? odpowiadamy spoglądając na siebie.
- Szaleńcy. To jak tego dokonacie, i tam dojedziecie, musicie przesłać mi kartkę!
- Nie ma problemu, tylko na jaki adres? - Na jednej z map, wywieszonej przed barem, a będącej też ulotką reklamową jest reklama zajazdu. ? Napiszcie koniecznie do mnie. Znajdziecie mnie jeszcze na FC. Macie też swoją stronę?
- Tak, oczywiście. Jak tylko znajdziemy Internet to napiszemy do Ciebie.
I w taki oto sposób, powstało nasze kolejne zobowiązanie. Na razie na koncie mamy tylko adresy e-mail, od Scott-a, Allana, a teraz i Jaqi.
- A właśnie jedziemy teraz w stronę Westport. Duży tutaj jest podjazd?
-dokładnie chcecie jechać?
- Zobaczyć jeziora Nelson-a. Ale pewnie tylko jedno z nich zobaczymy. Nie wiemy jaka jest droga.
- Pojeździe tą drogą. - wskazuje na drogę, która rozważaliśmy, ale wydawała nam się nie dość ze dłuższa to jeszcze bardziej górzysta. - Jest piękna, i spokojnie dzisiaj dojedziecie do Tophouse. Tam moi znajomi prowadzą zajazd. Też tam można przenocować. Mają taki długi stół, przy którym wszyscy jedzą. Naprawdę jest tam pięknie. Nazywa się to ? zaczęła szukać na brzegach mapy reklamy odwołującej się do punktu 2. ? O tutaj Tophouse Historic Motel.
Deszcze przestał padać, a my zachęceni wizją wspaniałej drogi, żegnamy się i ruszamy.
Z początku spokojna, ciągnie się przez pastwiska, zaraz przy zboczach. Praktycznie nie ma na niej samochodów, dlatego też spokojnie jedziemy koło siebie, gaworząc sobie.
Z kolejnymi kilometrami góry rosną, a droga powoli zaczyna wspinać się na ich zbocza. Słońce coraz wyżej, i przypieka nasze ramiona i nogi. Kolejne kilometry i coraz wyżej i wyżej. Tak też miało być. Tylko dwa ostre podjazdy, a potem już tylko zjazd.
Za pierwszą przełęczą, asfalt opada ostro w dół, a gorący pot, zamienia się w zimną bryzę owiewającą nas, wzmagając się z każdym kolejnym kilometrem pojawiającym się na licznikach.
Chwilę później pojawiamy się w rozległej dolinie, z przepięknym widokiem na góry majaczące w oddali. Dookoła nas tylko las, i nic poza tym.
Po raz kolejny, całe połacie gór są przetrzebione przez drwali, a na miejsce powalonych i wywiezionych na tartak drzew, sadzane są w rządkach nowe iglaki. Piękno i koloryt mieszających się odcieni zieleni, zastępowany jest przez sadzonki, pokrywające całe gór. Deszczowy busz, dawno temu został już przetrzebiony. Teraz pozostały tylko plantacje. Tak jak opowiadał nam Allan, nie widać tutaj zwierząt. Czasem jakiś jastrząb gdzieś przeleci nad głowami, kilka innych mniejszych ptaków pojawi się gdzieś. Trafi się i zbłąkana mewa, a jedyne zwierzęta jakie widzimy od wielu dni, to te rozkładające się na poboczu, co przejechane zostały przez pędzące samochody.
Smutny to obraz, będący zderzeniem wyobrażenia z jakim tutaj przyjechaliśmy. Wielkie wspaniałe dzikie lasy, o wyjątkowej nigdzie indziej nie spotykanej roślinności. Jak do tej pory, tylko u stóp góry Mordor, mogliśmy zasmakować właśnie tego deszczowego soczystego buszu.
Polecany nam Tophouse Historic Motel, okazuje się być niewielkim domkiem z 1886 roku, gdzie nikogo nie ma. W środku pali się światło, lecz zaraz obok drzwi leży kredowa tablica, gdzie widnieje numer telefonu pod który należy dzwonić.
- Chcielibyśmy zatrzymać się u Was na jedną noc, ale mamy swoje namioty. Czy była by taka możliwość? ? przez telefon zadaje pytanie Gosia. ? Ile? 150 dolarów? To trochę dużo. ? tłumaczy, i powoli widać że w końcu chyba zaczynają dogadywać się. ? 15 dolarów? Ok. Czy możemy zacząć już rozstawiać namioty? (?) Dobrze, to my zaczniemy w tym czasie rozpakowywać się. Do zobaczenia. (?)
To co z początku z opowieści wydawało nam się być hostelem, okazało się być wyjątkowym, ale dość ekskluzywnym miejscem. Zachowane stylowe meble, różne dodatki z dawnych czasów, wystawione stoliki z krzesłami z pięknym widokiem na dolinę, gdzie na końcu leży jezioro Rotoroa, do którego zmierzamy. Widok wręcz przepiękny. Pan w lekko rozchełstanej koszuli, z zielonym kamieniem zawieszonym na szyi przyjechał, sam jest zdziwiony nasza obecnością, a i za bardzo nie ufa chyba nam. Bo cały czas dopytuje się, za ile skończymy kąpiel i jedzenie, by wrócić i zamknąć przybytek, bo otwiera dopiero o 11, a co ciekawe, zamyka o 4. Na pytanie ? ?A jak ktoś przyjedzie po czasie??, odpowiada bez większego zmartwienia ? ?Trudno.?
W środku zaś wystrój jest tak uroczy, że jak tylko przekraczasz próg starego domu, chcesz w nim zostać. Stara drewniana podłoga, na ścianach stare obrazy i mapy, komoda z różnościami sprzed ponad wieku. Pokoje z dużymi łóżkami, na których leżą wysokie materace, poprzykrywane haftowanymi w kwiaty pledami. Do tego jeszcze nie starannie pomalowane framugi i zapach starego domu, i tylko my mogący dotknąć dosłownie wszystkiego, staramy się przenieść chodź by tyko na chwilę w czasy końca XIX wieku, kiedy to panowała tutaj gorączka złota, a Europejczycy przybywali do ziemi na dalekich rubieżach wielkiego królestwa.
Przez całą noc wiał silny porywisty wiatr, jednak nad ranem ucichł pozostawiając na zboczach gór biały szal rozciągających się chmur, opadających powoli w dół doliny, gdzie czekało na nas jezioro Rotoiti.
Wielkie zielone zbocza gór, wlewają się w brunatno niebieską taflę jeziora, cały czas mając szczyty przykryte biała pierzyną. Na brzegu niewielki drewniany mostek wchodzący na kilkanaście metrów w głąb górskiego jeziora. Aż chce się rzucić wszystko rozbiec i wskoczyć do wody.
Sielankowy wygląd udziela się nam i od razu sprawia, iż siedząc na końcu pomostu, nie myśli się o kolejnych kilometrach, tylko wpatruje w małą cienką linie rozgraniczającą błękit od zieleni, spoglądając co jakiś czas w gór, z nadzieją szukając wśród obłoków szczytów, a nóż będą ośnieżone.
Nad drugim jeziorem, oddalonym o 40km drogi od pierwszego robimy przerwę obiadową, a sjestę urządzamy sobie właśnie na samym końcu pomostu, wygrzewając się w ciepłym popołudniowym słońcu.
Ciekawe jest to, że na tak dużych jeziorach nie zobaczysz żagli, za to bardzo popularne są tutaj motorówki. Mimo, iż jest to park narodowy, to jednym z głównych sposobów spędzania właśnie niedzielnego dnia, jest przyciągnięcie nad jezioro motorówki, zwodowanie jej i przecinanie tafli jeziora, na przykład trzystu konnym silnikiem, przyczepionym do motorówki. Od taki sposób na spędzanie czasu.
Wypływająca z jeziora Rotoiti, rzeka Buller towarzyszy, czy też my jej, wyjąc się pomiędzy strzelistymi górami. Wynajduje najróżniejsze sposoby na to by ominąć kolejną przeszkodę na drodze do morza Tasmana. Droga będąca niemal kopią rzeki, stara się nadążyć nad ilością zawijasów, jakie rzeka stworzyła przez ostatnie tysiące lata. W tym wszystkim my, raz z góry, raz pod górę, docieramy do Murchison, gdzie na kempingu spotykamy Francuzów.
- Dużo dzisiaj przejechaliście? ? zagaduje nas płynnym angielskim francuz, konsumujący akurat awodako, w kempingowej kuchni.
- 98km. Jedziemy z Tophouse. ? odpowiadamy dorywając się od naszego jedzenia.
- To spory kawałek. I tak codziennie?
- Nie. Zwykle przejeżdżamy około 70km. ? co w naszym wypadków różnie bywa, ale za dużo tłumaczenia.
- I skąd jedziecie? ? dopytuje się jego partnerka.
- Z Picton. Wcześniej byliśmy na wyspie północnej, a teraz na południe do Invercargill.
-Pewnie też byliście w Rotorua?
- Tak. Jednak kawałek za znaleźliśmy bardzo fajne miejsce przy gorącym strumieniu. To było jakoś zaraz przed Wai-o-tapu. Jeden z miejscowych pokazał nam to miejsce.
- Taki mały strumień, z wodospadem?
- Tak, dokładnie. ? a myśleliśmy, że tylko my to miejsce znamy.
- Też tam byliśmy. ? uśmiechając się odpowiada francuz.
- Nam udało się tam zanocować. Ale w nocy mieliśmy wizytację szkolnej wycieczki.
- My też chcieliśmy tam nocować, ale naszym kampervanem, znaleźliśmy mała zatoczkę kilka metrów wcześniej, myśląc że to spokojne miejsce. Okazało się, że było to miejsce miejscowych imprez.
- To tak jak u nas. Dzieciaki siedziały chyba do 11 w nocy.
My przy herbacie, on kończąc kolację rozmawiamy o tym co widzieliśmy, jak podobną trasą podążamy z tym wyjątkiem, że oni kamperem, a my rowerami. Jednak urwali wahacz w aucie, pędząc po szutrowych drogą. Jak dla nich odległości są tutaj za duże, że i tak dziennie robią około 100 kilometrów, bo drogi są wąskie i kręte.
- Jedziesz główną ?highway? z północy na południe, a masz tylko jeden pas, do tego jeszcze na mostach zwęża się do jednej nitki. Oni nie wiedzą co to są autostrady. ? żalił się francuz. I rzeczywiście, wydawałoby się, że taki kraj będzie wyposażony w dobre drogi, a tak naprawdę jedziesz wąską drogą, pobocze praktycznie żadne. Co chwilę jakiś most, często mosteczek i nagle droga zwęża się do jednej nitki z mijanką. Na drodze, też spotkasz wielu emerytów prowadzących wielkie ?kampery?, a ty nie masz jak wyprzedzisz i z resztą ludzi wleczesz się do najbliższej prostej, by próbować wyprzedzić.
Droga w dolinie rzeki Buller przez kolejne kilometry wije się dalej ku zachodniemu wybrzeżu wyspy. Mogłoby się zdawać, że ludzie powoli zapominają o tym by osiedlać się tutaj. Co 50 kilometrów można znaleźć sklep czy też bar, by zregenerować siły, po męczącym odcinku. Bo mimo tego iż cały droga cały czas opada w dół, to jednak co jakiś czas trzeba sforsować niewielki podjazd.
Co rusz widać innych rowerowych podróżników. Irlandczycy, Francuz, Czech, i inni mijani po drodze. Każdy jedzie swoim tempem i jedynie na postojach wymiana kilku zdań, i pomimo tego iż jedziemy w tym samym kierunku, to nie zbieramy się w grupy.
Słysząc w uszach szum opon i wiatru. Wpatrując się w soczysto - zielone zbocza gór, wybijających się z dna doliny w górę, by sięgnąć błękitnego nieba. Słysząc dudnienie wody, rozbijającej się o wielkie górskie kamienie. Mając w pamięci każdy poprzedni dzień, noc, czy też kolejne nadchodzące kilometry przed nami, w pamięci powraca melodia i słowa?
Ostatnio zmieniany: 2 lata 10 miesiąc temu przez Redakcja DS.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.

Odp: Rowerem po Nowej Zelandii 3 lata 4 miesiąc temu #144

Ostatnich kilka dni, to przejazdy po ponad 90 km dziennie. Zmęczenie, ale i wyczekiwanie na lodowce kumulują się. Pod koniec 19-tego dnia zbliżamy się do lodowca Franz Joseph. Planujemy rozbić namioty na polu namiotowym. Za zalesionymi wzgórzami, ukazują się białe ośnieżone szczyty lodowca. Oddzielone od niższych partii chmurami, górują nad całą okolicą zapierając dech. Zmęczenie nagle ustępuje i wpatrzeni w białe szczyty nie myślimy już o tym jak daleko jest biwak, ale czy na pewno będzie z niego widok na górę?
Z początku wydaje się, że niestety pole to wielki parking dla kamperów, jednak zaraz za drzewami skrywa się niewielka polana z licznie rozstawionymi namiotami. Od niej odchodzi mała ścieżka prowadząca nad jezioro.
Rozświetlony kolorami zachodzącego słońca lodowiec, co pewien czas skrywa się za pomarańczowo-żółtymi chmurami, będąc tłem naszej kąpieli w delikatnie chłodnej wodzie, która zmyła z nas pot ostatnich prawie stu kilometrów.
Poranny chłód, szybko zmienia się w gorące południe. A wylewający się między skałami jęzor lodowca, widoczny jest z kilku kilometrów. Dolina, w której jeszcze niedawno zalegał jego śnieg, teraz pozostała płaska, z przedzierającymi się przez nią wartkimi strumieniami, wypływającymi spod samego Franz-a. Zdawałoby się, iż na wyciągniecie ręki, leży jeszcze daleko od schodzącej do niego ścieżki, którą pielgrzymki turystów ciągną pod jego koniec.
Spływający z lodowego jęzora wiatr, zabiera ze sobą cały chłód w wysokich partii doliny i schodzi na samo dno, gdzie z każdym krokiem robi się coraz chłodniej.
Biało-błękitny, zabrudzony, postrzępiony lód, rzeźbi dno doliny pomiędzy wysokimi szarymi skałami , pionowo wznoszącymi się nad jego krawędziami. Trudno ocenić ile tego sprasowanego lodu jest, dopóki nie dojdzie się pod sam koniuszek. Nagle z niewinnie wyglądającego kawałka spływającego lodu, tworzy się wysoka na kilkadziesiąt metrów ściana. U jej podnóży, odpadające wielkie bryły, leżą tworząc wielkie rumowisko, pokazujące dopiero skalę lodowego potwora. Jeżeli my szliśmy jego dawno doliną przez 45 minut, a on ciągnie się do góry jeszcze przynajmniej kilka razy dalej, a na końcu ma wysokość kilku piętrowego domu, to dopiero obrazuje potęgę i siłę, która potrafi przenosić całe bloki skalne na wiele kilometrów w stronę morza. Szarawo-błękitny, dopiero daleko na szczytach gór osiąga swoją śnieżno-białą barwę, odsłaniając szczyty Alp Południowych.
Drugi z lodowców, Fox Glacier, leży pół godziny drogi samochodem od pierwszego. Dla nas przeprawa przez dwie przełęcze, z czego jedna o wyjątkowo stromym podjeździe, zajmuje prawie trzy godziny. Skąd kolejne 30 minut jedzie się jeszcze do samego lodowca.
Na kempingu, zaraz koło naszych rowerów stoi tandem. Właścicieli brak, jednak szybko znajdują się w kuchni, gdzie mężczyzna zaciągający mocnym amerykańskim akcentem, dosłownie atakuje nas pytaniami, do tego stopnia, że jego żona w pewnym momencie lekko go uspokaja.
Grad pytań powoli przeradza się w rozmowę z parą, spędzającą tutaj 9 tygodni tylko na wyspie południowej, dla której i tak jak samo mówią za mało jest czasu by zobaczyć wszystko. I tak za każdym razem wyjeżdżają i penetrują przez dwa miesiące kolejny kawałek świata.
Ścieżka do lodowca, wiedzie nas przez gęsty deszczowy las. Tylko co jakiś czas przekraczając lub sąsiadując z asfaltem. Gąszcz i bujna zieleń tworzą ścianę, tak gęstą, iż trudno dostrzec cokolwiek dalej niż tylko na parę metrów w głąb lasu, przez który przedziera się rowerowy szlak.
Niewielki staw utworzony przez drogowy nasyp, zaraz przed lodowcem odbija wielkie góry w swoim lustrze, spowalniając ruch na drodze prowadzącej do lodowca. Piękne słoneczne przedpołudnie doskonale rozświetla dolinę wypełnioną masywnym i postrzępionym jęzorem, wycofującego się od lat lodowca.
Spoglądając dopiero z lotu ptaka widać prawdziwe oblicze wspaniałego lodowca Fox. Jego długi na kilka kilometrów język, nie wzruszony wysokimi temperaturami sięgającymi nawet i dwudziestu kilku stopni, rzeźbi dolinę od dziesiątek tysięcy lat, zaraz pod zielonymi zboczami dwóch górskich masywów górujących nad miastem.
Ostatnio zmieniany: 2 lata 10 miesiąc temu przez Redakcja DS.
Administrator wyłączył możliwość publicznego pisania postów.
Czas generowania strony: 0.190 s.
Go to top
JSN Boot template designed by JoomlaShine.com